jarosław mixer mikołajczyk - animator kultury, arteterapeuta i lalkarz z wykształcenia, instruktor teatralny kategorii S. Dziennikarz z wykonania. W pracy medialnej - radiowiec przez kilka lat szef muzyczny Radia Warta, obecnie współtworzy ProRadio.pl, telewizyjny - Telewizja Gniezno. Zajmuje się głównie pisaniem. Publikuje w ogólnopolskich pismach muzycznych i literackich, na portalach kulturalnych i w tygodnikach lokalnych. Prowadzi także warsztaty teatralne, oraz współtworzy STUDIO 34. Współtwórca Centrum Kultury eSTeDe, obecnie współpraca z angielskim pismem The Idler i własna działalność publicystyczna i teatralna. współpraca z informacje lokalne - redaktor naczelny www.popcentrala.com
czwartek, 02 stycznia 2014
Mam na imię Ania - Anna Grodzka

Z jakiegoś powodu, książka mogłaby być ważną w sensie społecznym. Wydaje się jednak, że to co stało się kulminacją siły Anny Grodzkiej, de facto odebrało jej wiarygodność. Żyjemy w czasach i kraju gdzie wiara w słowa polityka, jest jakimś mitycznym wspomnieniem przedwojennych czasów. Czasów, których tak naprawdę nigdy nie było, a które wymyślili nasi dziadkowie po II Wojnie Światowej, chcąc ocalić Nibylandię. Zostawmy jednak posłowanie na rzecz przesłania, którego książce nie brak. Pewnie dużo ciekawsze byłyby losy Krzyśka, którego Ania zamordowała, jak twierdzi wcale nie z zimną krwią. A jednak "Mam na imię Ania" jest książką ważną, choć niestety nie ze względów literackich. Czego jak czego, ale literatury to chyba tu najmniej. Jest jednak dość poprawne pisarstwo, dziś w sumie to dużo. Nie mniej żal, że „Mam na imię Ania” nie zalała mediów, nie wywołała dyskusji...

Wartość tej książki to spotkanie z człowiekiem, proszę wybaczyć, że nie piszę „człowieką” – zresztą w tym przypadku to nawet na miejscu. Bo przecież tym samym człowiekiem jest Krzysztof i Ania. Krzysztofa mamy zresztą niewiele. Jest taki czas nawet gdy Ania zaakceptowała jego istnienie jako rolę, którą trzeba grać dobrze, by nie być krzywdzonym i po prostu przetrwać. Na tej osi bycia inną, najpierw: dla klasy, podwórka - później dla całej reszty buduje się dramat. Realne rozterki, łzy poniżenie...Ale czy wchodzenie w rolę jest deską ratunkową tylko dla osób transseksualnych? Gorzkie też to, że nie tylko dla nich jest dziurawą tak naprawdę deską. Zostawmy. Rzecz nie w tym by wkładać kij w mrowisko. Nie można jednak czytając „Mam na imię Ania” nie doszukać się własnych poniżeń, własnego przeświadczenia, że się jest kimś innym... Jakoś wyrastamy z krótkich spodni, albo z nimi umieramy. My faceci mamy z tym gorzej, oczekuje się byśmy wszyscy godnie nosili spodnie. Dziewczyny to mają fajnie, mogą zaplatać warkoczyki nawet do późnej starości nikt im z tego powodu nie spuści łomotu, najwyżej pokręci kółka na czole... Jednak do brzegu. Jest w tej książce kilka momentów pięknych. Spotkanie, jeszcze Krzyśka, z biologiczną matką. Ten bukiet, zadziwiona i zmieszana starsza kobieta... niewiarygodnie ciepły, ludzki i normalny mąż starszej pani, który o niczym nie wiedział, a podejmuje Krzysztofa jak kogoś bliskiego...Ta historia ze szmacianą lalką "Anią" i rozmowy z nią wieczorem w pokoju, w ukryciu, tajemnicy, brak akceptacji w szkole, trochę powszechny problem. Jasne te nasze obcości i tajemnice, wymyśleni przyjaciele to nie z transseksualności... "Jedynactwo" i inne takie – przecież ogromne problemy. Nie trzeba być psychologiem...Nie chodzi o trywializowanie transseksualności. Pozornie fakt, że część z nas też chowała pewne przedmioty i sprawy pod dno szuflady by bić się z wyrzutami sumienia – to pomost do zrozumienia rozterek Krzysztofa zmagającego się z obecnością Ani w bardzo chłopięcym później męskim ciele. Cholera jasna czyja mama nie wpadłaby w panikę gdyby u nastolatka znalazła np.: bagnet, petardy albo ślady masturbacji? I jeszcze się trzeba było spowiadać księdzu ze swej natury. Zgoda ten rodzaj „niezawinionej zbrodni” nie wykluczał z jakże ważnego kręgu rówieśniczego, ale czy nie prowadził do swego rodzaju rozdwojenia? Poradziliśmy sobie z tym, albo zaakceptowaliśmy. Tu jednak jest różnica, Krzysztof nie mógł zaakceptować Ani. Transseksualność jest permanentna w przeciwieństwie do kilkuminutowych zrywów...Czytelnik w jakimś sensie zaczyna rozumieć, nie tyle transseksualność, którą długo będzie mylił z transwestytyzmem, zaczyna jednak rozumieć, że człowiek niezależnie od swojej kondycji ma prawo chcieć żyć w zgodzie z sobą. Pomijam tu całe te trendy gadanie o „dżender” - o wiele więcej wnosi książka „Mam na imię Ania” niż cała ideologiczna kampania. Hasła i szkolenia – nie przekonają, nie przekonanych, a przekonanych prowadzą do fanatyzmu jeśli nawet postępowego. Spotkanie człowieka – czytelnika - z człowiekiem - Anią, która czuła się zawsze kobietą w ciele mężczyzny, cierpiała, próbowała się odnaleźć...pozornie się odnalazła. To także spotkanie z człowiekiem, który nie przestał marzyć, który odważył się rzucić wszystko na jedna szalę...To także spotkanie z człowiekiem: kochającym i zakochanym... Z ojcem i mężem, który stał się...trudno właściwie powiedzieć kim dla syna, ale pozostał mu bliskim. Wreszcie niemal bajkowe przyjęcie przez przyrodnie rodzeństwo, przez siostry z odnalezionej po latach matki. I wręcz niewiarygodna akceptacja tego, że syn Krzysztof, którego starsza kobieta odzyskała po wielu latach wcale nie che być synem tylko córką. Sporo w tej opowieści ciepła, miłości...Również do tak zakłopotanej „dziewczyńskością” syna adopcyjnej matki... Dobry zabieg edukacyjny, wszelkie wyjaśnienia różnicy pomiędzy transsseksualnością – transpłciowoscia, a transwestytyzmem, na końcu, kiedy już czytelnik polubił Anię, przestał ją traktować jak dziwoląga. Podobnie te wszystkie bardziej definicyjne opowieści o płci kulturowej i o tym, że płeć to nie tylko biologia – gdybyśmy mieli przez tę „szczytną propagandę” przejść przed poznaniem normalnego żywego człowieka – kobiety, która chce tylko być zwyczajną kobietą nie koniecznie oszałamiającą... Więc gdybyśmy mieli to wszystko czytać na wstępie, nie było by dalszego czytania.

Książka, którą warto przeczytać, bo nie da się zrozumieć człowieka do momentu, w którym choć dzięki empatii  nie spróbujemy oddychać jego chronicznym brakiem powietrza. Warto przeczytać, by postawić samemu sobie kilka pytań o własne człowieczeństwo, i nie chodzi tu wcale o sprany już gender, ani lewacką mityczną tolerancję, ale o akceptację tego, że świat jest wielowymiarowy a inny nie równa się wróg. Może trochę szkoda, że Ania jeszcze Krzysztof tak lekko akceptuje rzeczywistość peerlowskiego stowarzyszenia studentów i szybko i płynnie usprawiedliwia się tym, że Alma Press wydawał też dobre rzeczy...Trochę mało tu dramatu żony Krzysztofa. I jeszcze ta czytadłowata okładka i bransoleta ze sklepu indyjskiego... Być może to zresztą nie jest błąd, może to potrzeba zwyczajności...

Jarek MixeMikołajczyk

 

Anna Grodzka
Mam na imię Ania
W.A.B. 2013
seria Na Brzegu

PS.

Kompletnie nie kumam hałasu o spaloną tęczę, dżender i takich tam wynalazków. Jestem w pewnych kwestiach konserwatywnym oszołomem, bo nie czuję potrzeby manifestowania swojej otwartości i umiłowania wolności dla każdego, kto nie zagraża: mojemu dziecku, mojej żonie, mojemu domowi i mnie. Przyznaję też, że mimo tego, że gdybym spotkał pewna dziewczynę, w której podkochiwałem się przez chwilę, a która co okazało się po latach jest dziś facetem, poszlibyśmy na piwo jak gdyby nigdy nic... Mam mieszane uczucia, co do tej transpłciowości – jako chłopak też bawiłem się lalkami i długo spałem z pluszowym misiem... nie piszę tu o wątpliwościach intelektualnych, a o emocjonalnym problemie chyba nawet nie z akceptacją... Nie mam jednak problemów z uwierzeniem Annie Grodzkiej, że ma na imię Ania.

19:36, jarekmikolajczyk , Recenzje
Link Komentarze (9) »
Igoronco - Międzyczas

Recenzja płyty Międzyczas - Igoronco (dla popcentrala.com)

Sporo czasu minęło odkąd dostałem materiał z płyty, teraz dopiero siadam napisać co było w Międzyczasie. Nie będę się tłumaczył bo z czego? Napisałem Post Scriptum na wstępie to teraz spokojnie mogę i chcę napisać: o płycie, o tym co słyszę i co myślę. Praktyczne dziś Wigilia, to dobry czas na tę właśnie „recenzję”. Na początek kilka szybkich strzałów. Międzyczas powinien ukazać się w Asfalt Records. Dobra - może oni nawet nie wiedzą o Igoronco. Przecież nie piszę, że Asfalt dał dupy, że tego nie wydał tylko, że nie wydał tego co powinien...

Pozornie to, że MC jest filozofem nie ma znaczenia, a jednak fajnie, że ktoś wreszcie w rapie nie filozofuje.

I trzecie - tak na szybko, dobre bity. Niezła produkcja – pozornie 12 producentów sugerowałoby brak spójności, a jednak to jest album w pełni jednorodny w swoim eklektyzmie.

 

Mimo wszystko to jednak tekst i jego podawanie pozostaje siłą płyty. Trochę tak, jakby ten „intelektualny” rap, przywrócił sens temu co było kiedyś podstawą wersów z blokowisk i podwórek. W czasie kiedy Hip Hop przestał być komunikatem ulicy, a stał się opowieścią o rapowaniu samym w sobie i imprezowaniu - Szymon Igoronco wyrzuca płytę z jednej strony bardzo daleką od rapu, z drugiej paradoksalnie przywracającą to co było tak istotne w całej kulturze czterech, a jak niektórzy mówią 5 elementów – treść. W czasie kiedy co drugi małolat myśli, że każdy raper to MC, a wchodząc do szafy nagrywa całą płytę w 5 godzin dostajemy: dobry, przemyślany krążek. Rozpierdol stylistyczny zdecydowanie jest siłą tego wydawnictwa, brak hermetyczności i możliwość swobodnego przestawiania kolejności słuchania lub oderwania każdego z utworów od reszty płyty wcale nie pozbawia spójności. Paradoks? Nie pierwszy i nie ostatni. Muzycznie płyta po prostu wkręca od pierwszego pulsującego, trochę dubstepowego „Edytuj”, po synthpopowe prawie jak u DeVision „Ślady na piasku”. Sporo różnorodnych dźwięków, bez strachu przed elektroniką, ambientem i wszystkim co fajne, co tak bardzo „nierapowe”...Zostawiam ocenę bitów i tego co jednak trzeba nazwać muzyką, każdy z producentów przyłożył swoje do tego krążka, wspólnie zbudowali jednak coś co mimo eklektyzmu nie jest wieżą Babel. Nie będzie przyznawania medali i podium – płytę warto potraktować jako całość. Dzieje się dźwiękowo bardzo wiele – czytałem gdzieś, że jest tu trochę eksperymentu, no może w sensie semantycznym, bo Zorna i Patona nie słychać. Jest lekkość i wyjście poza ramy. Sam sposób podawania tekstu, czasem stricte rapowy w innym miejscu trochę jakby bit był mało ważny - niemal slamowo recytowane zwrotki. Wspomniana lekkość albumu to nie tylko kwestia „choć jestem lekkoduchem to nie przychodzi lekko” (Lekko to zresztą świetny kawałek). Trudno też szukać braku „ciężaru” w tekstach, kilka z nich wręcz przeciwnie, tnie rzeczywistość z dystansu (do niej i samego siebie) bardzo ostro i celnie. Wspomniane „Edytuj”, „Skolaryzacjo” i „Prokastrynacja”. Troche każdy z tych utworów z innej bajki, a jednak podobna poetyka. Gorzki opis rzeczywistości w "Skolaryzacji" i "Edytuj". „Jesteśmy tymi, którzy piszą, tymi którzy malują, tymi którzy zapierdalają żebyś Ty mógł sobie wypić piwko, tymi co produkują, tymi co dyskutują, a Ty...I na co mi ten papier użyłem go raz nie zwróciło mi się nawet na ksero na co Tobie papier Czy ty rozumie? czy Wy umieją?...” Prokastynacja już bliżej filozofii. „Możesz być mistrzem, ale musisz być mistrzem w łapaniu iskier, może to było między jednym a drugim piskiem albo kiedy kroiliście skibkę...” Piękny refren „ Niczego nie żałuję jak zgubionych myśli”. 

Więcej 

19:32, jarekmikolajczyk , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Złote ryby Dimitrij Strelnikoff
impresja kompletnie nie na temat książki

Ale co ty wiesz o Ruskich?! - wydarł się Jasio Kurp, na kolesia, który przy sąsiednim stoliku padając prawie na twarz bełkotał coś o tym, że ta bida w Polsce to tylko przez Rosjan, co to ukatrupili ducha w narodzie i w ogóle, że swołocz sobacza mać te ruskie ludzie i żadnej kultury. Prawdę mówiąc „Młody” nie widział jeszcze tak wzburzonego starego Kurpia. - A nie mówiłem, chodźmy jabolka nad Narew wypić, jak ludzie kulturalnie? To ty, że nie, że raz do ludzi porządnie w barze wódki się napić – próbował uspokoić Jaśka, bez skutecznie. Starzec jednym susem skoczył do stolika obok.. Błyskawiczne nalał pełną szklankę, bez mrugnięcia oka wlał ją w siebie, tak jak się za dzieciaka wlewało malinową oranżadę z GS-u. Zdążył przed tym cisnąć osłupiałem krzykaczowi prosto w twarz – Do siebie piję ty łachudro...Jednym ruchem a raczej pierdolnięciem o blat zamienił szkło flaszki w tulipana, które zatrzymał może pięć centymetrów od czerwonej szyi prawdziwego Polaka, co to na głowie pszenica, a na twarzy burak. Życie w barze zamarło. Ten co to jeszcze niedawno bić chciał Ruskich, zalał błyskawiczne własnym moczem wyjściowe spodnie...-”Ludzie, podług prawa przyrody, dzielą się ogólnie na dwie klasy: na klasę ludzi niższych, będących, że tak powiem, materiałem, który służy wyłącznie do wydawania na świat sobie podobnych, oraz na ludzi właściwych, to znaczy posiadających dar czy talent, który im pozwala wygłosić w swoim środowisku nowe słowo...” A cytował to czystym rosyjskim. Kiedy skończył powiedział już cicho i spokojnie. - Mnie jeden Ruski kiedyś życie uratował – zamknął temat. Odwrócił się, siadł przy swoim stoliku. - Kolejka dla wszystkich, za zdrowie Marmieładowa – krzyknął do baru.
     
Złote ryby – Stelnikoff, kolejny „stakan” pełen literatury

Rosjanin, powoli przestaje dziwić w Polsce. Być może nawet przestaje się w niej dziwić. To chyba dobrze. Trudno zapomnieć jak nas dobrotliwie i czułością złajał Strelnikoff w Ruskim miesiącu. Świetny strzał na polskie otwarcie. Czas jednak zapomnieć w przypadku Dimitrija o dziwnym, wesołym Ruskim, co pisze po Polsku i daje swoja twarz w Europie co da się lubić. Złote ryby nadal pisarstwo pełne cholernej inteligencji i dowcipu. Tym razem jednak, nie dostajemy do ręki fajnej książki, przy której po prostu można się pośmiać. Pobłyszczeć w towarzystwie niby własnymi anegdotami o Polakach, żywcem wyjętymi z Ruskiego miesiąca. Złote ryby – trafiają w jedna z zaniedbywanych przez lata lub wypełnianych przez HP potrzeb człowieka. Tyle, ze magiczność i fantazja Strelnikoffa – nie zabiera nas w światy nie rzeczywiste. Baśń może się zdarzyć w rzeczywistych Niemczech, Polsce czy Iranie...Taki „keretowski” trip. Absurd tak bliski człowiekowi dzieje się niemal w sposób naturalny, tak rzeczywisty, że nikt nie śmie wątpić...Bo przecież realność sytuacji zmyślonej, może podważyć tylko ludzkie zwątpienie. Jeśli coś się po prostu dzieje – stajemy się bezbronni. Tak jak bezbronny wobec przedziwnej własnej historii jest bohater Złotych ryb. Norbert Hanke, Niemiec pojawił się przecież w Warszawie tylko po to by zamieszkać z polska narzeczoną. Nic w tym dziwnego – autor wie dobrze Polki są piękne. Trochę trudniej jednak zrozumieć że matka bohatera musiała zginąć by ratować przyszła wnuczkę. Dalej jednak gmatwanina rośnie. Wszystkiemu winne są złote rybki z Iranu, bo przecież Hans jest Persem. 
      - „ Norbert! Czytałeś o rybach?
Nie. O jakich rybach? - Norbert stanął w przejściu między pokojami.
Posłuchaj: W marcu przebywających w Iranie cudzoziemców może zaskoczyć obfitość małych czerwonych rybek, które pojawią się przed perskim Nowym Rokiem dosłownie wszędzie: w sklepach, biurach i prywatnych mieszkaniach. Irańczyków ten fenomen oczywiście nie dziwi – złote rybki są jednym z symboli Nouruzu i według tradycji przynoszą gospodarzom szczęście.             
Agata spojrzała porozumiewawczo na męża.

Nieamowite co?
Ktoś tu miał nosa. - Norbert uniósł w górę palec. - Wielkiego perskiego nosa! - Zaśmiał się i wrócił do pokoju córki
Jestem Persem? - pomyślał. Nie czuł się przecież Irańczykiem. Uważał się za męża. 

Nadal jednak wszystko wygląda ładnie, no może poza paroma detalami, jak choćby wojska szachiszacha i inne historie z niby przeszłości.

Złote ryby – niosą w sobie tajemnicę dramatu rodziny...Strelnikoff nie przestaje nas uderzać swoją błyskotliwością i inteligencją. Nie sprzedaje nam jednak megamedialnej fabułki z domieszką szarlatańskiej plastikowej duchowości. Drugie dna są tu dużo głębsze niż w tanich magazynach dla kobiet i mężczyzn. W tym wszystkim jest kawał literackiego mięcha. Czytelnik, ma prawo wyboru, może się ślizgnąć po książce – pośmiać ale i wzruszyć, może też znaleźć tu rzetelna literaturę. Edytorsko na wysokości zadania – okładka i delikatne rysunki Agnieszki Morawskiej...W twardej oprawie, książka sama w sobie może być przedmiotem pożądania.   

Jarek Mixer Mikołajczyk
12:21, jarekmikolajczyk , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 maja 2011
Kontener - Agata Chróścicka
Kontener
Agata Chróścicka
W.A.B 2011
mroczna seria

Kryminał z zasady gatunek traktowany przez krytykę z przymrużeniem oka. Wiadomo kanon gatunku, Agata Christie, Sir Arthur Ignatius Conan Doyle – to i owszem, w porywach może Menkell znajdują uznanie. Ogólnie jednak z czytaniem kryminałów wygląda trochę jak z oglądaniem „M jak miłość” czy „Na dobre i na złe” - w towarzystwie się o tym nie mówi ale większość z nas wie co tam Leśnej Górze czy Grabinie słychać. Więc bez żadnego zżymania się literaturoznawczego: powiedzmy tak „dobry kryminał nie jest zły”. Kontener to taki przykład książki na odmóżdżenie. Od pierwszych zdań akcja i odrobina wciągającej tajemnicy, do tego wszystko zaczyna się w egzotycznej jakby na to nie patrzeć dla nas Afryce. 


   Właściwie Agata Chróścicka – nie daje nam się długo upajać tą egzotyką. Przez chwile zaledwie jesteśmy w mrocznym klimacie portowych pubów i już facet o którym wiedząc że to kryminał nawet pomyśleliśmy, że będzie naszym przewodnikiem w rozwikłaniu spraw, których się spodziewamy, wiedząc że to kryminał, a to nic z tego. Zaczynamy po paru kartkach lubić smakosza piwa, który przez swoja ważną misję w Afryce skazany jest na picie berbeluchy nazywanej tam piwem chyba przez pomyłkę...Ba cieszymy się z nim gdy barman okazyjne załatwia mu butelkę porządnego Golden Ale, a tu szast pras w barze pojawiają się Amerykanie – Marco la Salle ginie. Można powiedzieć w walce o piwo. Czy aby na pewno? 
   Akcja szybsza i o wiele bardziej zróżnicowana niż niejeden amerykański kasowy film. Firma Saxon & Pride a raczej jej zarząd rozsyłają maile z dość enigmatyczną i pompatyczną informacją o śmierci Marco do swoich pracowników. Nie trudno, się domyślać skoro koncern farmaceutyczny że coś tu śmierdzi. Ten smród węszy młoda polska dziennikarka. Już jesteśmy w Londynie – tam siedziba firmy i odpowiednie tło dla wielu błyskawicznie narastających wątków. Anna Niezgoda – dziennikarka śledcza wpada na przedziwny trop, renomowany koncert z Londynu ma wiele wspólnego z gangsterem. Wiadomo oszust i gangster, jak nie jest z Nowego Jorku to jest z Gdańska. Młody pracownik Paul Affleck zakochuje się w koleżance z pracy Glorii. Niestety:
„ - Gloria nie popełniła samobójstwa - powiedziała wreszcie, nie spuszczając z niego wzroku. Paul bez słowa grzał ręce o stojący przed nim gorący kubek.
- Ale to już chyba pan wie - dodała po chwili, gdy nie doczekała się
żadnej reakcji z jego strony.
- To wiem. Nie mam natomiast pojęcia, skąd pani to wie. Więcej, skąd pani wie, że miała na imię Gloria, że cokolwiek nas łączyło i jakim cudem znalazła mnie pani dziś przed komisariatem. Przyznam, że to wszystko wydaje mi się bardzo dziwne i liczyłbym na wyjaśnienie.
- Oczywiście. Od czego mam zacząć? „

   Kolejny trup, a trop się wikła. Świetnie zbudowana postać Paula Afflecka – który po ukatrupieniu już na wstępie naszego ulubionego Marco – zanim zdążyliśmy go polubić musi spełniać rolę bohatera powieści. W sumie padło na niego podobnie jak padło w książce i w firmie. Osaczony, nękany przez polską dziennikarką świadomy, że Gloria nie mogła popełnić samobójstwa – bo przecież umówiła się tego dnia z nim. Zresztą zbity jak pies wchodzi praktycznie chwilę po śmierci Glorii na całe to zamieszanie policja, pierwsze głupie komentarze – konsternacja – pozorna w firmie. Dalsze ostro rysowane wątki i rozwój akcji cały czas trzymają ciekawość czytelnika w podobnym napięciu. Tak to się chyba dziś robi - znaczy pisze kryminały. Nie potrzeba nam w tym tempie przeplatać Raskolnikowów z Marmieładowami. To chyba wina czasów – nie pisarzy. Napisać, że Kontener to czytadło było by chyba krzywdzące, choć czyta się bobrze. Solidny warsztat pisarski i nerw wyniesiony z doświadczeń dziennikarskich – to najkrócej o książce Agaty Chróścickiej. Do tego widoczna znajomość zarówno koncernowych jak i wielkomiejskich realiów. Wątek polski – trochę jakby przeniesiony z doświadczeń i matactw politycznych – którymi się przecież opisując je wiele lat zmagała. A z zbudowanych postaci warto powiedzieć, że świetnie rysuje autorka właśnie tę polską dziennikarkę – może zagadnienie znane z autopsji. Jeśli nawet nie jest to wielka literatura, to chyba nawet nie była nią w założeniach autorki. 
   Dobra, solidna książka. Przy świetnym reżyserze i niezłych aktorach byłby to kinowy hit, nie koniecznie na miarę Walandera – bo i specyfika inna...   Grafika okładki utrzymana w trendach – intryguje. A i pytanie czy aby Marco ten z pierwszego morderstwa miał być w Gabonie gdzie zginął? - Niektórzy twierdzą, że w Nigerii.

Jarek Mixer Mikołajczyk
10:02, jarekmikolajczyk , Recenzje
Link Komentarze (1) »
Japoński wachlarz. Powroty
Joanna Bator 
Japoński Wachlarz. Powroty
W.A.B 2011
seria terra incognita

Japonii nie ma czyli walkman Jaśka – impresja na marginiesie
Wiesz Jasiek, Oscar Wilde uważał, że Japonii tak naprawdę nie ma i wszystko co o niej wiemy to jedynie wymysły...- zagaił młody patrząc jak stary Kurp bawi się walkmanem z napisem Made in Japan. - Starzec oparty o swoją przedwojenna damkę, właśnie wkładał kasetę, którą wczoraj nagrali na Festiwalu Kultury Kurpiowskiej. - Może być, że nie ma, ale kasety odtwarza – odpowiedział – zajęty raczej rozmyślaniem o tym czego to Japońce nie wymyślą. - Kiedyś to miałem nawet japoński zegarek – takie elektroniczne cudo – dodał po namyśle. Młody, przypomniał sobie właśnie smak sake – robionego kiedyś przez ojca. - Tylko widzisz Wilde nie mógł się mylić, on musiał mieć coś innego na myśli – powiedział już chyba tylko do siebie, Jasiek nie słyszał już nic poza tym co w słuchawkach firmy Sony.

Japonia Joanny Bator – o książce.

Właściwie, drugie wydanie Japońskiego wachlarza. Jak zapewnia jednak wydawca i sama autorka, poszerzone i poprawione. Tyle, że Japońskiego wachlarza się nie poprawia ani nie maluje po raz drugi. Zresztą Bator przyznaje się do tego już we wstępie. Japonia, która zafascynowała Europę impresjonistów. Chyba faktycznie była jak sen – jak coś czego już nie ma. Gdyby wierzyć Mishimie nie ma jej już na pewno, pisarz zabrał całą jej historię i honor do grobu. Joanna Bator odkrywa Japonię i Japończyków...jak przyznaje po raz kolejny, nadal jest to jednak ten pierwszy zachwyt i pierwsze odkrycie. Opisy są trochę jak znaki kaligrafii kreślone precyzyjnie lekkim pociągnięciem pędzla, - niby szukają doskonałości a jednak każda ręka kreśli je inaczej. Stąd pewnie świeżość mimo powrotów. Wrażliwość Joanny Bator jest dobrym filtrem, który pokazuje nam osobisty odbiór Japonii i jej mieszkańców. Pierwsza trafna uwaga. Kiedy widujemy Japończyków gdzieś tu u nas w Europie, grupa zlewa nam się w nierozpoznawalna całość. Wszyscy oni są tacy sami. Powiedzmy jednak szczerze, biały też jest dla nich nie rozpoznawalny, cokolwiek by o sobie nie myślał. A przecież „ ktoś kiedyś powiedział, ze między Polską a Japonią jest tylko wielki las. Zaczyna się on wkrótce potem, jak samolot przeleci nad Uralem oddzielającym malutką Europę od potężnej Azji i skręcimy na Północ. Zamknięci w hermetycznej kapsule, lecieliśmy, wygrywając zawody z czasem, i dzień zszarzał w mgnieniu oka..” Tyle czy ten ogromny dzielący nas las zmalał dzięki samolotom? Może to dobrze dla Japonii, że jednemu z naszych nie udało się zbudować drugiej Japonii mimo obietnic złożonych naszemu narodowi...
Idealizm pierwszego lądowania pozostaje w tym drugim wydaniu. Zacznijmy od ciał Japończyków, no a może od ciał Japonek. Bator też od nich zaczyna i to nie tylko w tym zauważeniu naszych europejskich uproszczeń, wedle których każdy Japończyk jest po prostu niski, skośnooki i nieco ciemniejsza ma skórę niż dajmy na to Polak czy Szwed. Paradoksalnie do wzrostu (zresztą, Japończycy stają się coraz wyżsi) mieszkańcy kraju wiśni są wiotcy jak secesyjne rośliny. Joanna  Bator widzi w nich właśnie rośliny, uroda pozbawiona ssaczej ekspansji. Nasz stereotyp, budują nie tylko bardziej japońscy niż trzeba turyści z Tokio, ale też w Japonkach widzimy gejsze z Hollywoodu.. Autorka potrafi już jednak odróżnić prawdziwą gejszę od imitacji. To może przedziwne w Japonii czasem widać Japończyków – japońskich po amerykańsku, znaczy takich, którzy swoja tożsamość budują na filmach z USA...Wróćmy jednak do Japońskiego wachlarza. Doznania polskich emigrantów z lat 80-tych, którzy osłupieli na widok toalet na niemieckich „tanksztelach”, bo pisuar sam wiedział kiedy spuścić wodę – okazują się niczym. Jeszcze kilkanaście lat temu Japoński wychodek to po prostu olbrzymia dziura w posadzce. Dziś Japonia przejmując wzorce z zachodu, poddając je przedziwnemu zjawisku japonizacji dopiero funduje stres i zażenowanie właśnie w temacie toalet. „W dziedzinie tej prym wiedzie stara firma Toto, która stworzyła również to coś, co stało w mojej toalecie w Bon Hour. Patrzyłam w zdumieniu na zestaw kilkunastu przycisków i pokręteł zamontowanych z obu stron różowego kuriozum. W każdym innym znanym mi kraju w tym miejscu stałoby swojskie urzadzenie zwane sedesem, niebudzące szczególnego zainteresowania. Alfabetem łacińskim napisana była tylko nazwa firmy Toto, a wyglądało toto jak fotel pilota samolotu bojowego (gdyby robiono je w kolorze różowym). I gdyby piloci używali plastikowych kapci z napisem Hello Kitty Happy Toilet, które stały tam równiutko, zapraszając by wsunąć stopy...Znałam wówczas pięć kanji, ale jak się okazało, nie te, co trzeba, by zrozumieć działanie japońskiego sedesu. Metoda prób i błędów była więc jedyną, jaka mogłam zastosować. Nacisnęłam pierwszy przycisk, a wówczas ze środka wyłoniła się plastikowa rurka, z której pod dużym ciśnieniem wytrysnęła woda, na szczęście czysta i ciepła. Domyśliłam się, że gdybym siedziała, zamiast zaglądać do środka jak jakiś barbarzyńca, odpowiednia część mojego ciała miałaby do czynienia z czymś w rodzaju bidetu...Oprócz rzeczy mniej czy bardziej przewidywalnych, jeśli nie oczywistych (podgrzewanie deski i różne strumienie myjące i suszące), jeden z przycisków włączał funkcję co najmniej tajemniczą. Po jego naciśnięciu rozległo się prawie realistyczne 'szuuugulgul”, a ja obejrzałam się nerwowo w obawie przed kolejnym prysznicem, ale woda nigdzie nie leciała. Zajrzałam dla pewności tu i tam. Nie leciała. I i nie powinna, był to bowiem tylko tak zwany odgłos spuszczania wody, standardowe wyposażenie nowoczesnych sedesów firmy Toto.” Zostawmy jednak wyższą inżynierię sanitarną. No tak recenzent sprowadził Japonię do inteligentnych kibli...A co się dziwić jak u nas to jeszcze często pojemnik z wodą by ta spłukiwała wisi na 2 metrach, a łańcuszek do spuszczania wody, nie tylko nie wydaje odgłosu ale często zerwany...Joanna Bator tak naprawdę dzieli się globalnymi spostrzeżeniami na temat Japonii...i tej tradycyjnej i nowoczesnej – choć przecież to się przenika. Choćby Takarazuka – jak to ładnie ujęła autorka „kabuki na odwrót w wersji pop”. Z przebierankami w Japonii to nie pierwszyzna. Tyle tylko, że dziewczęta Teatru Takarazuka to tacy piękni i wrażliwi mężczyźni. Rozrywka rodzinna, popularna – do tego oparta na tym, ze piękna kobieta przebrana za faceta śpiewa miłosne pieśni tuląc głowę swojej koleżanki...No i wspomniana sprawa mitu gejszy...znaczy tego naszego Madame Butterfly wyobrażenia...W sumie, przecież przeciętny Europejczyk, zwłaszcza On personifikuje Japonię z Gejszą – wyrafinowana i uległą. Ta podróż po Japonii z Joanną Bator jest wciągająca, na szczęście to takie zwiedzanie nie tyle miejsc co i ludzi, jak to kiedyś powiedział Piotr Stróżyk – wokalista kapeli Piotruś Pan 17/1 „ nie o to chodzi by zwiedzać miejsca ale ludzi”...Dobre reportażowe pisanie nie traci nerwu, choć jak to bywa u Bator mocno poetyzujące. Przy tym podparte doświadczeniem, japońskiej sauny, smaku fugu, hostessy i przyjaźniami. Rzetelna edytorsko książka, dobra robota graficzna Szymona Wójciaka do tego ciekawe zdjęcia. 

Jarek Mixer Mikołajczyk             



09:44, jarekmikolajczyk , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13