jarosław mixer mikołajczyk - animator kultury, arteterapeuta i lalkarz z wykształcenia, instruktor teatralny kategorii S. Dziennikarz z wykonania. W pracy medialnej - radiowiec przez kilka lat szef muzyczny Radia Warta, obecnie współtworzy ProRadio.pl, telewizyjny - Telewizja Gniezno. Zajmuje się głównie pisaniem. Publikuje w ogólnopolskich pismach muzycznych i literackich, na portalach kulturalnych i w tygodnikach lokalnych. Prowadzi także warsztaty teatralne, oraz współtworzy STUDIO 34. Współtwórca Centrum Kultury eSTeDe, obecnie współpraca z angielskim pismem The Idler i własna działalność publicystyczna i teatralna. współpraca z informacje lokalne - redaktor naczelny www.popcentrala.com
czwartek, 02 stycznia 2014
Mam na imię Ania - Anna Grodzka

Z jakiegoś powodu, książka mogłaby być ważną w sensie społecznym. Wydaje się jednak, że to co stało się kulminacją siły Anny Grodzkiej, de facto odebrało jej wiarygodność. Żyjemy w czasach i kraju gdzie wiara w słowa polityka, jest jakimś mitycznym wspomnieniem przedwojennych czasów. Czasów, których tak naprawdę nigdy nie było, a które wymyślili nasi dziadkowie po II Wojnie Światowej, chcąc ocalić Nibylandię. Zostawmy jednak posłowanie na rzecz przesłania, którego książce nie brak. Pewnie dużo ciekawsze byłyby losy Krzyśka, którego Ania zamordowała, jak twierdzi wcale nie z zimną krwią. A jednak "Mam na imię Ania" jest książką ważną, choć niestety nie ze względów literackich. Czego jak czego, ale literatury to chyba tu najmniej. Jest jednak dość poprawne pisarstwo, dziś w sumie to dużo. Nie mniej żal, że „Mam na imię Ania” nie zalała mediów, nie wywołała dyskusji...

Wartość tej książki to spotkanie z człowiekiem, proszę wybaczyć, że nie piszę „człowieką” – zresztą w tym przypadku to nawet na miejscu. Bo przecież tym samym człowiekiem jest Krzysztof i Ania. Krzysztofa mamy zresztą niewiele. Jest taki czas nawet gdy Ania zaakceptowała jego istnienie jako rolę, którą trzeba grać dobrze, by nie być krzywdzonym i po prostu przetrwać. Na tej osi bycia inną, najpierw: dla klasy, podwórka - później dla całej reszty buduje się dramat. Realne rozterki, łzy poniżenie...Ale czy wchodzenie w rolę jest deską ratunkową tylko dla osób transseksualnych? Gorzkie też to, że nie tylko dla nich jest dziurawą tak naprawdę deską. Zostawmy. Rzecz nie w tym by wkładać kij w mrowisko. Nie można jednak czytając „Mam na imię Ania” nie doszukać się własnych poniżeń, własnego przeświadczenia, że się jest kimś innym... Jakoś wyrastamy z krótkich spodni, albo z nimi umieramy. My faceci mamy z tym gorzej, oczekuje się byśmy wszyscy godnie nosili spodnie. Dziewczyny to mają fajnie, mogą zaplatać warkoczyki nawet do późnej starości nikt im z tego powodu nie spuści łomotu, najwyżej pokręci kółka na czole... Jednak do brzegu. Jest w tej książce kilka momentów pięknych. Spotkanie, jeszcze Krzyśka, z biologiczną matką. Ten bukiet, zadziwiona i zmieszana starsza kobieta... niewiarygodnie ciepły, ludzki i normalny mąż starszej pani, który o niczym nie wiedział, a podejmuje Krzysztofa jak kogoś bliskiego...Ta historia ze szmacianą lalką "Anią" i rozmowy z nią wieczorem w pokoju, w ukryciu, tajemnicy, brak akceptacji w szkole, trochę powszechny problem. Jasne te nasze obcości i tajemnice, wymyśleni przyjaciele to nie z transseksualności... "Jedynactwo" i inne takie – przecież ogromne problemy. Nie trzeba być psychologiem...Nie chodzi o trywializowanie transseksualności. Pozornie fakt, że część z nas też chowała pewne przedmioty i sprawy pod dno szuflady by bić się z wyrzutami sumienia – to pomost do zrozumienia rozterek Krzysztofa zmagającego się z obecnością Ani w bardzo chłopięcym później męskim ciele. Cholera jasna czyja mama nie wpadłaby w panikę gdyby u nastolatka znalazła np.: bagnet, petardy albo ślady masturbacji? I jeszcze się trzeba było spowiadać księdzu ze swej natury. Zgoda ten rodzaj „niezawinionej zbrodni” nie wykluczał z jakże ważnego kręgu rówieśniczego, ale czy nie prowadził do swego rodzaju rozdwojenia? Poradziliśmy sobie z tym, albo zaakceptowaliśmy. Tu jednak jest różnica, Krzysztof nie mógł zaakceptować Ani. Transseksualność jest permanentna w przeciwieństwie do kilkuminutowych zrywów...Czytelnik w jakimś sensie zaczyna rozumieć, nie tyle transseksualność, którą długo będzie mylił z transwestytyzmem, zaczyna jednak rozumieć, że człowiek niezależnie od swojej kondycji ma prawo chcieć żyć w zgodzie z sobą. Pomijam tu całe te trendy gadanie o „dżender” - o wiele więcej wnosi książka „Mam na imię Ania” niż cała ideologiczna kampania. Hasła i szkolenia – nie przekonają, nie przekonanych, a przekonanych prowadzą do fanatyzmu jeśli nawet postępowego. Spotkanie człowieka – czytelnika - z człowiekiem - Anią, która czuła się zawsze kobietą w ciele mężczyzny, cierpiała, próbowała się odnaleźć...pozornie się odnalazła. To także spotkanie z człowiekiem, który nie przestał marzyć, który odważył się rzucić wszystko na jedna szalę...To także spotkanie z człowiekiem: kochającym i zakochanym... Z ojcem i mężem, który stał się...trudno właściwie powiedzieć kim dla syna, ale pozostał mu bliskim. Wreszcie niemal bajkowe przyjęcie przez przyrodnie rodzeństwo, przez siostry z odnalezionej po latach matki. I wręcz niewiarygodna akceptacja tego, że syn Krzysztof, którego starsza kobieta odzyskała po wielu latach wcale nie che być synem tylko córką. Sporo w tej opowieści ciepła, miłości...Również do tak zakłopotanej „dziewczyńskością” syna adopcyjnej matki... Dobry zabieg edukacyjny, wszelkie wyjaśnienia różnicy pomiędzy transsseksualnością – transpłciowoscia, a transwestytyzmem, na końcu, kiedy już czytelnik polubił Anię, przestał ją traktować jak dziwoląga. Podobnie te wszystkie bardziej definicyjne opowieści o płci kulturowej i o tym, że płeć to nie tylko biologia – gdybyśmy mieli przez tę „szczytną propagandę” przejść przed poznaniem normalnego żywego człowieka – kobiety, która chce tylko być zwyczajną kobietą nie koniecznie oszałamiającą... Więc gdybyśmy mieli to wszystko czytać na wstępie, nie było by dalszego czytania.

Książka, którą warto przeczytać, bo nie da się zrozumieć człowieka do momentu, w którym choć dzięki empatii  nie spróbujemy oddychać jego chronicznym brakiem powietrza. Warto przeczytać, by postawić samemu sobie kilka pytań o własne człowieczeństwo, i nie chodzi tu wcale o sprany już gender, ani lewacką mityczną tolerancję, ale o akceptację tego, że świat jest wielowymiarowy a inny nie równa się wróg. Może trochę szkoda, że Ania jeszcze Krzysztof tak lekko akceptuje rzeczywistość peerlowskiego stowarzyszenia studentów i szybko i płynnie usprawiedliwia się tym, że Alma Press wydawał też dobre rzeczy...Trochę mało tu dramatu żony Krzysztofa. I jeszcze ta czytadłowata okładka i bransoleta ze sklepu indyjskiego... Być może to zresztą nie jest błąd, może to potrzeba zwyczajności...

Jarek MixeMikołajczyk

 

Anna Grodzka
Mam na imię Ania
W.A.B. 2013
seria Na Brzegu

PS.

Kompletnie nie kumam hałasu o spaloną tęczę, dżender i takich tam wynalazków. Jestem w pewnych kwestiach konserwatywnym oszołomem, bo nie czuję potrzeby manifestowania swojej otwartości i umiłowania wolności dla każdego, kto nie zagraża: mojemu dziecku, mojej żonie, mojemu domowi i mnie. Przyznaję też, że mimo tego, że gdybym spotkał pewna dziewczynę, w której podkochiwałem się przez chwilę, a która co okazało się po latach jest dziś facetem, poszlibyśmy na piwo jak gdyby nigdy nic... Mam mieszane uczucia, co do tej transpłciowości – jako chłopak też bawiłem się lalkami i długo spałem z pluszowym misiem... nie piszę tu o wątpliwościach intelektualnych, a o emocjonalnym problemie chyba nawet nie z akceptacją... Nie mam jednak problemów z uwierzeniem Annie Grodzkiej, że ma na imię Ania.

19:36, jarekmikolajczyk , Recenzje
Link Komentarze (9) »
Igoronco - Międzyczas

Recenzja płyty Międzyczas - Igoronco (dla popcentrala.com)

Sporo czasu minęło odkąd dostałem materiał z płyty, teraz dopiero siadam napisać co było w Międzyczasie. Nie będę się tłumaczył bo z czego? Napisałem Post Scriptum na wstępie to teraz spokojnie mogę i chcę napisać: o płycie, o tym co słyszę i co myślę. Praktyczne dziś Wigilia, to dobry czas na tę właśnie „recenzję”. Na początek kilka szybkich strzałów. Międzyczas powinien ukazać się w Asfalt Records. Dobra - może oni nawet nie wiedzą o Igoronco. Przecież nie piszę, że Asfalt dał dupy, że tego nie wydał tylko, że nie wydał tego co powinien...

Pozornie to, że MC jest filozofem nie ma znaczenia, a jednak fajnie, że ktoś wreszcie w rapie nie filozofuje.

I trzecie - tak na szybko, dobre bity. Niezła produkcja – pozornie 12 producentów sugerowałoby brak spójności, a jednak to jest album w pełni jednorodny w swoim eklektyzmie.

 

Mimo wszystko to jednak tekst i jego podawanie pozostaje siłą płyty. Trochę tak, jakby ten „intelektualny” rap, przywrócił sens temu co było kiedyś podstawą wersów z blokowisk i podwórek. W czasie kiedy Hip Hop przestał być komunikatem ulicy, a stał się opowieścią o rapowaniu samym w sobie i imprezowaniu - Szymon Igoronco wyrzuca płytę z jednej strony bardzo daleką od rapu, z drugiej paradoksalnie przywracającą to co było tak istotne w całej kulturze czterech, a jak niektórzy mówią 5 elementów – treść. W czasie kiedy co drugi małolat myśli, że każdy raper to MC, a wchodząc do szafy nagrywa całą płytę w 5 godzin dostajemy: dobry, przemyślany krążek. Rozpierdol stylistyczny zdecydowanie jest siłą tego wydawnictwa, brak hermetyczności i możliwość swobodnego przestawiania kolejności słuchania lub oderwania każdego z utworów od reszty płyty wcale nie pozbawia spójności. Paradoks? Nie pierwszy i nie ostatni. Muzycznie płyta po prostu wkręca od pierwszego pulsującego, trochę dubstepowego „Edytuj”, po synthpopowe prawie jak u DeVision „Ślady na piasku”. Sporo różnorodnych dźwięków, bez strachu przed elektroniką, ambientem i wszystkim co fajne, co tak bardzo „nierapowe”...Zostawiam ocenę bitów i tego co jednak trzeba nazwać muzyką, każdy z producentów przyłożył swoje do tego krążka, wspólnie zbudowali jednak coś co mimo eklektyzmu nie jest wieżą Babel. Nie będzie przyznawania medali i podium – płytę warto potraktować jako całość. Dzieje się dźwiękowo bardzo wiele – czytałem gdzieś, że jest tu trochę eksperymentu, no może w sensie semantycznym, bo Zorna i Patona nie słychać. Jest lekkość i wyjście poza ramy. Sam sposób podawania tekstu, czasem stricte rapowy w innym miejscu trochę jakby bit był mało ważny - niemal slamowo recytowane zwrotki. Wspomniana lekkość albumu to nie tylko kwestia „choć jestem lekkoduchem to nie przychodzi lekko” (Lekko to zresztą świetny kawałek). Trudno też szukać braku „ciężaru” w tekstach, kilka z nich wręcz przeciwnie, tnie rzeczywistość z dystansu (do niej i samego siebie) bardzo ostro i celnie. Wspomniane „Edytuj”, „Skolaryzacjo” i „Prokastrynacja”. Troche każdy z tych utworów z innej bajki, a jednak podobna poetyka. Gorzki opis rzeczywistości w "Skolaryzacji" i "Edytuj". „Jesteśmy tymi, którzy piszą, tymi którzy malują, tymi którzy zapierdalają żebyś Ty mógł sobie wypić piwko, tymi co produkują, tymi co dyskutują, a Ty...I na co mi ten papier użyłem go raz nie zwróciło mi się nawet na ksero na co Tobie papier Czy ty rozumie? czy Wy umieją?...” Prokastynacja już bliżej filozofii. „Możesz być mistrzem, ale musisz być mistrzem w łapaniu iskier, może to było między jednym a drugim piskiem albo kiedy kroiliście skibkę...” Piękny refren „ Niczego nie żałuję jak zgubionych myśli”. 

Więcej 

19:32, jarekmikolajczyk , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
Syluchowe Blubranie

środa, 01 stycznia 2014
Bajki dla mądrych dzieci i niegłupich rodziców

Miejmy nadzieję, że jeszcze w I kwartale 2014 roku ukażą się "Bajki dla mądrych dzieci i niegłupich rodziców" w formie audiobooka i książki. Audiobook jest juz praktycznie nagrany w eSTeDe Studio - masteringiem zajął sie Maciej Braciszewski. 7 bajek w tym: 3 z cyklu "Opowieści zapomnianej polany" i 3 z cyklu "Bajki dla mądrych dzieci i niegłupich rodziców"  bonusowo Portier Pana Boga czyli bajka o Sławku Kuczowskim - wspomnienie przyjaciela. Wydawcą będa Zeszyty Poetyckie. Poniżej pierwsza bajka singlowa

2014 - postanowienia?

Rzecz chyba nie w postanowieniach noworocznych, choć to pewnie presja upływającego czasu i namowy bliskich, przyczyniły się do powrotu do miejsca, w którym zostawiam ślad wszelkiej aktywności. Trudno byłoby te kilka lat roztrwonionych na kilku portalach, stronach i blogach teraz uzupełnić...może to jednak jest jakiś sens. Póki co reorganizacja bloga, najbardziej będzie widoczna w uzupełnianiu działu recenzje. Myślę też o pewnym uszeregowaniu schematu strony. Kilka kategorii trzeba najpewniej usunąć, pozmieniać...Myślę też, ze więcej miejsca zajmą: bajki autorskie oraz pojawi się gwarowe blubranie i Szczun z Kareji. W ostaniej kolejności zmieni się też pewnie trochę archaiczna szata blogu - w ostatniej bo przecież sam jestem już trochę archaiczny. Póki co samych dobrych chwil i tylko dobrych ludzi w 2014 - życzę wszystkim gościom.  

16:02, jarekmikolajczyk , Wstępniak
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25