jarosław mixer mikołajczyk - animator kultury, arteterapeuta i lalkarz z wykształcenia, instruktor teatralny kategorii S. Dziennikarz z wykonania. W pracy medialnej - radiowiec przez kilka lat szef muzyczny Radia Warta, obecnie współtworzy ProRadio.pl, telewizyjny - Telewizja Gniezno. Zajmuje się głównie pisaniem. Publikuje w ogólnopolskich pismach muzycznych i literackich, na portalach kulturalnych i w tygodnikach lokalnych. Prowadzi także warsztaty teatralne, oraz współtworzy STUDIO 34. Współtwórca Centrum Kultury eSTeDe, obecnie współpraca z angielskim pismem The Idler i własna działalność publicystyczna i teatralna. współpraca z informacje lokalne - redaktor naczelny www.popcentrala.com
Blog > Komentarze do wpisu
Mam na imię Ania - Anna Grodzka

Z jakiegoś powodu, książka mogłaby być ważną w sensie społecznym. Wydaje się jednak, że to co stało się kulminacją siły Anny Grodzkiej, de facto odebrało jej wiarygodność. Żyjemy w czasach i kraju gdzie wiara w słowa polityka, jest jakimś mitycznym wspomnieniem przedwojennych czasów. Czasów, których tak naprawdę nigdy nie było, a które wymyślili nasi dziadkowie po II Wojnie Światowej, chcąc ocalić Nibylandię. Zostawmy jednak posłowanie na rzecz przesłania, którego książce nie brak. Pewnie dużo ciekawsze byłyby losy Krzyśka, którego Ania zamordowała, jak twierdzi wcale nie z zimną krwią. A jednak "Mam na imię Ania" jest książką ważną, choć niestety nie ze względów literackich. Czego jak czego, ale literatury to chyba tu najmniej. Jest jednak dość poprawne pisarstwo, dziś w sumie to dużo. Nie mniej żal, że „Mam na imię Ania” nie zalała mediów, nie wywołała dyskusji...

Wartość tej książki to spotkanie z człowiekiem, proszę wybaczyć, że nie piszę „człowieką” – zresztą w tym przypadku to nawet na miejscu. Bo przecież tym samym człowiekiem jest Krzysztof i Ania. Krzysztofa mamy zresztą niewiele. Jest taki czas nawet gdy Ania zaakceptowała jego istnienie jako rolę, którą trzeba grać dobrze, by nie być krzywdzonym i po prostu przetrwać. Na tej osi bycia inną, najpierw: dla klasy, podwórka - później dla całej reszty buduje się dramat. Realne rozterki, łzy poniżenie...Ale czy wchodzenie w rolę jest deską ratunkową tylko dla osób transseksualnych? Gorzkie też to, że nie tylko dla nich jest dziurawą tak naprawdę deską. Zostawmy. Rzecz nie w tym by wkładać kij w mrowisko. Nie można jednak czytając „Mam na imię Ania” nie doszukać się własnych poniżeń, własnego przeświadczenia, że się jest kimś innym... Jakoś wyrastamy z krótkich spodni, albo z nimi umieramy. My faceci mamy z tym gorzej, oczekuje się byśmy wszyscy godnie nosili spodnie. Dziewczyny to mają fajnie, mogą zaplatać warkoczyki nawet do późnej starości nikt im z tego powodu nie spuści łomotu, najwyżej pokręci kółka na czole... Jednak do brzegu. Jest w tej książce kilka momentów pięknych. Spotkanie, jeszcze Krzyśka, z biologiczną matką. Ten bukiet, zadziwiona i zmieszana starsza kobieta... niewiarygodnie ciepły, ludzki i normalny mąż starszej pani, który o niczym nie wiedział, a podejmuje Krzysztofa jak kogoś bliskiego...Ta historia ze szmacianą lalką "Anią" i rozmowy z nią wieczorem w pokoju, w ukryciu, tajemnicy, brak akceptacji w szkole, trochę powszechny problem. Jasne te nasze obcości i tajemnice, wymyśleni przyjaciele to nie z transseksualności... "Jedynactwo" i inne takie – przecież ogromne problemy. Nie trzeba być psychologiem...Nie chodzi o trywializowanie transseksualności. Pozornie fakt, że część z nas też chowała pewne przedmioty i sprawy pod dno szuflady by bić się z wyrzutami sumienia – to pomost do zrozumienia rozterek Krzysztofa zmagającego się z obecnością Ani w bardzo chłopięcym później męskim ciele. Cholera jasna czyja mama nie wpadłaby w panikę gdyby u nastolatka znalazła np.: bagnet, petardy albo ślady masturbacji? I jeszcze się trzeba było spowiadać księdzu ze swej natury. Zgoda ten rodzaj „niezawinionej zbrodni” nie wykluczał z jakże ważnego kręgu rówieśniczego, ale czy nie prowadził do swego rodzaju rozdwojenia? Poradziliśmy sobie z tym, albo zaakceptowaliśmy. Tu jednak jest różnica, Krzysztof nie mógł zaakceptować Ani. Transseksualność jest permanentna w przeciwieństwie do kilkuminutowych zrywów...Czytelnik w jakimś sensie zaczyna rozumieć, nie tyle transseksualność, którą długo będzie mylił z transwestytyzmem, zaczyna jednak rozumieć, że człowiek niezależnie od swojej kondycji ma prawo chcieć żyć w zgodzie z sobą. Pomijam tu całe te trendy gadanie o „dżender” - o wiele więcej wnosi książka „Mam na imię Ania” niż cała ideologiczna kampania. Hasła i szkolenia – nie przekonają, nie przekonanych, a przekonanych prowadzą do fanatyzmu jeśli nawet postępowego. Spotkanie człowieka – czytelnika - z człowiekiem - Anią, która czuła się zawsze kobietą w ciele mężczyzny, cierpiała, próbowała się odnaleźć...pozornie się odnalazła. To także spotkanie z człowiekiem, który nie przestał marzyć, który odważył się rzucić wszystko na jedna szalę...To także spotkanie z człowiekiem: kochającym i zakochanym... Z ojcem i mężem, który stał się...trudno właściwie powiedzieć kim dla syna, ale pozostał mu bliskim. Wreszcie niemal bajkowe przyjęcie przez przyrodnie rodzeństwo, przez siostry z odnalezionej po latach matki. I wręcz niewiarygodna akceptacja tego, że syn Krzysztof, którego starsza kobieta odzyskała po wielu latach wcale nie che być synem tylko córką. Sporo w tej opowieści ciepła, miłości...Również do tak zakłopotanej „dziewczyńskością” syna adopcyjnej matki... Dobry zabieg edukacyjny, wszelkie wyjaśnienia różnicy pomiędzy transsseksualnością – transpłciowoscia, a transwestytyzmem, na końcu, kiedy już czytelnik polubił Anię, przestał ją traktować jak dziwoląga. Podobnie te wszystkie bardziej definicyjne opowieści o płci kulturowej i o tym, że płeć to nie tylko biologia – gdybyśmy mieli przez tę „szczytną propagandę” przejść przed poznaniem normalnego żywego człowieka – kobiety, która chce tylko być zwyczajną kobietą nie koniecznie oszałamiającą... Więc gdybyśmy mieli to wszystko czytać na wstępie, nie było by dalszego czytania.

Książka, którą warto przeczytać, bo nie da się zrozumieć człowieka do momentu, w którym choć dzięki empatii  nie spróbujemy oddychać jego chronicznym brakiem powietrza. Warto przeczytać, by postawić samemu sobie kilka pytań o własne człowieczeństwo, i nie chodzi tu wcale o sprany już gender, ani lewacką mityczną tolerancję, ale o akceptację tego, że świat jest wielowymiarowy a inny nie równa się wróg. Może trochę szkoda, że Ania jeszcze Krzysztof tak lekko akceptuje rzeczywistość peerlowskiego stowarzyszenia studentów i szybko i płynnie usprawiedliwia się tym, że Alma Press wydawał też dobre rzeczy...Trochę mało tu dramatu żony Krzysztofa. I jeszcze ta czytadłowata okładka i bransoleta ze sklepu indyjskiego... Być może to zresztą nie jest błąd, może to potrzeba zwyczajności...

Jarek MixeMikołajczyk

 

Anna Grodzka
Mam na imię Ania
W.A.B. 2013
seria Na Brzegu

PS.

Kompletnie nie kumam hałasu o spaloną tęczę, dżender i takich tam wynalazków. Jestem w pewnych kwestiach konserwatywnym oszołomem, bo nie czuję potrzeby manifestowania swojej otwartości i umiłowania wolności dla każdego, kto nie zagraża: mojemu dziecku, mojej żonie, mojemu domowi i mnie. Przyznaję też, że mimo tego, że gdybym spotkał pewna dziewczynę, w której podkochiwałem się przez chwilę, a która co okazało się po latach jest dziś facetem, poszlibyśmy na piwo jak gdyby nigdy nic... Mam mieszane uczucia, co do tej transpłciowości – jako chłopak też bawiłem się lalkami i długo spałem z pluszowym misiem... nie piszę tu o wątpliwościach intelektualnych, a o emocjonalnym problemie chyba nawet nie z akceptacją... Nie mam jednak problemów z uwierzeniem Annie Grodzkiej, że ma na imię Ania.

czwartek, 02 stycznia 2014, jarekmikolajczyk

Polecane wpisy

  • Złote ryby Dimitrij Strelnikoff

    impresja kompletnie nie na temat książki Ale co ty wiesz o Ruskich?! - wydarł się Jasio Kurp, na kolesia, który przy sąsiednim stoliku padając prawie na twarz b

  • Kontener - Agata Chróścicka

    Kontener Agata Chróścicka W.A.B 2011 mroczna seria Kryminał z zasady gatunek traktowany przez krytykę z przymrużeniem oka. Wiadomo kanon gatunku, Agata Christie

  • Japoński wachlarz. Powroty

    Joanna Bator Japoński Wachlarz. Powroty W.A.B 2011 seria terra incognita Japonii nie ma czyli walkman Jaśka – impresja na marginiesie Wiesz Jasiek, Oscar

Komentarze
maszkar_oslo
2014/01/03 15:31:09
Trafiłem tu przez przypadek. I dobrze. Widać, ze mądrzy, wrażliwi ludzie całkiem nie wymarli. Dziękuję.
-
2014/01/03 21:48:39
Ponoć faceci nie mają empatii ale ten P.S. to chyba przejaw jakiejś męskiej jej odmiany ;)
Pozdrawiam.
-
2014/01/05 13:48:34
Znałem Annę w dawnym wcieleniu i bardzo ceniłem jako człowieka. Osoba bardzo wrażliwa, szlachetna ale i bezkompromisowa.
Dużo przykrości ją spotkało za nic z powodu tego wewnętrznego rozdarcia. Ja miałem wówczas swój dranmat na głowie i nie zdołałem pomóc, chociaż bardzo się starałem.
Na Stawkach ludzie bywali czasem okrutni.
Dużo serdeczności w Nowym Roku.
-
2014/01/06 10:12:34
Alwz to prawdziwa kobieta..........te rysy twarzy...............kruchosc budowy..........ta wrazliwosc..........i te kobiece atrybuty plciowe
-
2014/01/06 10:39:05
arbre11

Niczego nie zrozumiałeś, może jestes dopiero młodym drzewem :)
Pani Anka troche późno się za to zabrała...i hormony nie dały rady z subtelnościami rysów.
W końcu liczy się to , co w duszy.
-
2014/01/06 11:08:56
a czy ta "Ania" ma szanse zakwalifikowania sie - chocby TEORETYCZNIE do zenskiej druzyny sportowej i wziecie udzialu w jakichkolwiek zenskich zawodach ???

oczywiscie ze nie, i tylko dlatego ze jest zalosnym przebierancem i owocem przedawkowania sztucznych hormonow.

-
2014/01/06 11:52:10
No, ale to ją uzdrowiło psychicznie..., no ludzie !
-
2014/01/07 14:18:01
Wszystko fajnie. Krzysio czuł się Anią.
Tylko po co zadeklarowanie kobiecie, że się ją kocha, chce się z nią być do końca życia i założyć rodzinę? Tego nie rozumiem.
Nie rozumiem, jak można oszukać drugą osobę w taki sposób.
Dlaczego nikt żony Będowskiego nie zapytał, co ta kobieta czuła, kiedy się dowiedziała, że jej mąż, chce być kobietą.
To chyba największe i najbardziej drańskie oszustwo matrymonialne, o jakim słyszałem.
-
2014/01/07 23:15:41
***To chyba największe i najbardziej drańskie oszustwo
matrymonialne, o jakim słyszałem**

Wolałabym wiedzieć, że niezamierzone..., nieplanowane... chociaż książki nie czytalam i nie wiem, czy ten wątek wyjasnia. Pewnie myślał, że da radę....
Gdyby nie hormonalne spustoszenie fajnych krzyśkowych rysów twarzy, to by sie pani Hance żylo spokojniej :(