jarosław mixer mikołajczyk - animator kultury, arteterapeuta i lalkarz z wykształcenia, instruktor teatralny kategorii S. Dziennikarz z wykonania. W pracy medialnej - radiowiec przez kilka lat szef muzyczny Radia Warta, obecnie współtworzy ProRadio.pl, telewizyjny - Telewizja Gniezno. Zajmuje się głównie pisaniem. Publikuje w ogólnopolskich pismach muzycznych i literackich, na portalach kulturalnych i w tygodnikach lokalnych. Prowadzi także warsztaty teatralne, oraz współtworzy STUDIO 34. Współtwórca Centrum Kultury eSTeDe, obecnie współpraca z angielskim pismem The Idler i własna działalność publicystyczna i teatralna. współpraca z informacje lokalne - redaktor naczelny www.popcentrala.com
Blog > Komentarze do wpisu
Japoński wachlarz. Powroty
Joanna Bator 
Japoński Wachlarz. Powroty
W.A.B 2011
seria terra incognita

Japonii nie ma czyli walkman Jaśka – impresja na marginiesie
Wiesz Jasiek, Oscar Wilde uważał, że Japonii tak naprawdę nie ma i wszystko co o niej wiemy to jedynie wymysły...- zagaił młody patrząc jak stary Kurp bawi się walkmanem z napisem Made in Japan. - Starzec oparty o swoją przedwojenna damkę, właśnie wkładał kasetę, którą wczoraj nagrali na Festiwalu Kultury Kurpiowskiej. - Może być, że nie ma, ale kasety odtwarza – odpowiedział – zajęty raczej rozmyślaniem o tym czego to Japońce nie wymyślą. - Kiedyś to miałem nawet japoński zegarek – takie elektroniczne cudo – dodał po namyśle. Młody, przypomniał sobie właśnie smak sake – robionego kiedyś przez ojca. - Tylko widzisz Wilde nie mógł się mylić, on musiał mieć coś innego na myśli – powiedział już chyba tylko do siebie, Jasiek nie słyszał już nic poza tym co w słuchawkach firmy Sony.

Japonia Joanny Bator – o książce.

Właściwie, drugie wydanie Japońskiego wachlarza. Jak zapewnia jednak wydawca i sama autorka, poszerzone i poprawione. Tyle, że Japońskiego wachlarza się nie poprawia ani nie maluje po raz drugi. Zresztą Bator przyznaje się do tego już we wstępie. Japonia, która zafascynowała Europę impresjonistów. Chyba faktycznie była jak sen – jak coś czego już nie ma. Gdyby wierzyć Mishimie nie ma jej już na pewno, pisarz zabrał całą jej historię i honor do grobu. Joanna Bator odkrywa Japonię i Japończyków...jak przyznaje po raz kolejny, nadal jest to jednak ten pierwszy zachwyt i pierwsze odkrycie. Opisy są trochę jak znaki kaligrafii kreślone precyzyjnie lekkim pociągnięciem pędzla, - niby szukają doskonałości a jednak każda ręka kreśli je inaczej. Stąd pewnie świeżość mimo powrotów. Wrażliwość Joanny Bator jest dobrym filtrem, który pokazuje nam osobisty odbiór Japonii i jej mieszkańców. Pierwsza trafna uwaga. Kiedy widujemy Japończyków gdzieś tu u nas w Europie, grupa zlewa nam się w nierozpoznawalna całość. Wszyscy oni są tacy sami. Powiedzmy jednak szczerze, biały też jest dla nich nie rozpoznawalny, cokolwiek by o sobie nie myślał. A przecież „ ktoś kiedyś powiedział, ze między Polską a Japonią jest tylko wielki las. Zaczyna się on wkrótce potem, jak samolot przeleci nad Uralem oddzielającym malutką Europę od potężnej Azji i skręcimy na Północ. Zamknięci w hermetycznej kapsule, lecieliśmy, wygrywając zawody z czasem, i dzień zszarzał w mgnieniu oka..” Tyle czy ten ogromny dzielący nas las zmalał dzięki samolotom? Może to dobrze dla Japonii, że jednemu z naszych nie udało się zbudować drugiej Japonii mimo obietnic złożonych naszemu narodowi...
Idealizm pierwszego lądowania pozostaje w tym drugim wydaniu. Zacznijmy od ciał Japończyków, no a może od ciał Japonek. Bator też od nich zaczyna i to nie tylko w tym zauważeniu naszych europejskich uproszczeń, wedle których każdy Japończyk jest po prostu niski, skośnooki i nieco ciemniejsza ma skórę niż dajmy na to Polak czy Szwed. Paradoksalnie do wzrostu (zresztą, Japończycy stają się coraz wyżsi) mieszkańcy kraju wiśni są wiotcy jak secesyjne rośliny. Joanna  Bator widzi w nich właśnie rośliny, uroda pozbawiona ssaczej ekspansji. Nasz stereotyp, budują nie tylko bardziej japońscy niż trzeba turyści z Tokio, ale też w Japonkach widzimy gejsze z Hollywoodu.. Autorka potrafi już jednak odróżnić prawdziwą gejszę od imitacji. To może przedziwne w Japonii czasem widać Japończyków – japońskich po amerykańsku, znaczy takich, którzy swoja tożsamość budują na filmach z USA...Wróćmy jednak do Japońskiego wachlarza. Doznania polskich emigrantów z lat 80-tych, którzy osłupieli na widok toalet na niemieckich „tanksztelach”, bo pisuar sam wiedział kiedy spuścić wodę – okazują się niczym. Jeszcze kilkanaście lat temu Japoński wychodek to po prostu olbrzymia dziura w posadzce. Dziś Japonia przejmując wzorce z zachodu, poddając je przedziwnemu zjawisku japonizacji dopiero funduje stres i zażenowanie właśnie w temacie toalet. „W dziedzinie tej prym wiedzie stara firma Toto, która stworzyła również to coś, co stało w mojej toalecie w Bon Hour. Patrzyłam w zdumieniu na zestaw kilkunastu przycisków i pokręteł zamontowanych z obu stron różowego kuriozum. W każdym innym znanym mi kraju w tym miejscu stałoby swojskie urzadzenie zwane sedesem, niebudzące szczególnego zainteresowania. Alfabetem łacińskim napisana była tylko nazwa firmy Toto, a wyglądało toto jak fotel pilota samolotu bojowego (gdyby robiono je w kolorze różowym). I gdyby piloci używali plastikowych kapci z napisem Hello Kitty Happy Toilet, które stały tam równiutko, zapraszając by wsunąć stopy...Znałam wówczas pięć kanji, ale jak się okazało, nie te, co trzeba, by zrozumieć działanie japońskiego sedesu. Metoda prób i błędów była więc jedyną, jaka mogłam zastosować. Nacisnęłam pierwszy przycisk, a wówczas ze środka wyłoniła się plastikowa rurka, z której pod dużym ciśnieniem wytrysnęła woda, na szczęście czysta i ciepła. Domyśliłam się, że gdybym siedziała, zamiast zaglądać do środka jak jakiś barbarzyńca, odpowiednia część mojego ciała miałaby do czynienia z czymś w rodzaju bidetu...Oprócz rzeczy mniej czy bardziej przewidywalnych, jeśli nie oczywistych (podgrzewanie deski i różne strumienie myjące i suszące), jeden z przycisków włączał funkcję co najmniej tajemniczą. Po jego naciśnięciu rozległo się prawie realistyczne 'szuuugulgul”, a ja obejrzałam się nerwowo w obawie przed kolejnym prysznicem, ale woda nigdzie nie leciała. Zajrzałam dla pewności tu i tam. Nie leciała. I i nie powinna, był to bowiem tylko tak zwany odgłos spuszczania wody, standardowe wyposażenie nowoczesnych sedesów firmy Toto.” Zostawmy jednak wyższą inżynierię sanitarną. No tak recenzent sprowadził Japonię do inteligentnych kibli...A co się dziwić jak u nas to jeszcze często pojemnik z wodą by ta spłukiwała wisi na 2 metrach, a łańcuszek do spuszczania wody, nie tylko nie wydaje odgłosu ale często zerwany...Joanna Bator tak naprawdę dzieli się globalnymi spostrzeżeniami na temat Japonii...i tej tradycyjnej i nowoczesnej – choć przecież to się przenika. Choćby Takarazuka – jak to ładnie ujęła autorka „kabuki na odwrót w wersji pop”. Z przebierankami w Japonii to nie pierwszyzna. Tyle tylko, że dziewczęta Teatru Takarazuka to tacy piękni i wrażliwi mężczyźni. Rozrywka rodzinna, popularna – do tego oparta na tym, ze piękna kobieta przebrana za faceta śpiewa miłosne pieśni tuląc głowę swojej koleżanki...No i wspomniana sprawa mitu gejszy...znaczy tego naszego Madame Butterfly wyobrażenia...W sumie, przecież przeciętny Europejczyk, zwłaszcza On personifikuje Japonię z Gejszą – wyrafinowana i uległą. Ta podróż po Japonii z Joanną Bator jest wciągająca, na szczęście to takie zwiedzanie nie tyle miejsc co i ludzi, jak to kiedyś powiedział Piotr Stróżyk – wokalista kapeli Piotruś Pan 17/1 „ nie o to chodzi by zwiedzać miejsca ale ludzi”...Dobre reportażowe pisanie nie traci nerwu, choć jak to bywa u Bator mocno poetyzujące. Przy tym podparte doświadczeniem, japońskiej sauny, smaku fugu, hostessy i przyjaźniami. Rzetelna edytorsko książka, dobra robota graficzna Szymona Wójciaka do tego ciekawe zdjęcia. 

Jarek Mixer Mikołajczyk             



wtorek, 24 maja 2011, jarekmikolajczyk

Polecane wpisy

  • Mam na imię Ania - Anna Grodzka

    Z jakiegoś powodu, książka mogłaby być ważną w sensie społecznym. Wydaje się jednak, że to co stało się kulminacją siły Anny Grodzkiej, de facto odebrało jej wi

  • Igoronco - Międzyczas

    Recenzja płyty Międzyczas - Igoronco (dla popcentrala.com) Sporo czasu minęło odkąd dostałem materiał z płyty, teraz dopiero siadam napisać co było w Międzyczas

  • Złote ryby Dimitrij Strelnikoff

    impresja kompletnie nie na temat książki Ale co ty wiesz o Ruskich?! - wydarł się Jasio Kurp, na kolesia, który przy sąsiednim stoliku padając prawie na twarz b