jarosław mixer mikołajczyk - animator kultury, arteterapeuta i lalkarz z wykształcenia, instruktor teatralny kategorii S. Dziennikarz z wykonania. W pracy medialnej - radiowiec przez kilka lat szef muzyczny Radia Warta, obecnie współtworzy ProRadio.pl, telewizyjny - Telewizja Gniezno. Zajmuje się głównie pisaniem. Publikuje w ogólnopolskich pismach muzycznych i literackich, na portalach kulturalnych i w tygodnikach lokalnych. Prowadzi także warsztaty teatralne, oraz współtworzy STUDIO 34. Współtwórca Centrum Kultury eSTeDe, obecnie współpraca z angielskim pismem The Idler i własna działalność publicystyczna i teatralna. współpraca z informacje lokalne - redaktor naczelny www.popcentrala.com
Blog > Komentarze do wpisu
Felieton dla Informacji Lokalnych - Katastrofa w Smoleńsku. Rok po... Ludzie odchodzą zawsze przedwcześnie
Ten czas, który upłynął od katastrofy smoleńskiej, przyniósł dystans – to chyba jednak nie jest dobry dystans. Przede wszystkim trudno oddzielić emocje jakie drastycznie dotknęły naszej codzienności w tę sobotę, od tego całego brudu, którym ze wszystkich stron zasypano nasze łzy, naszą złość i tę bezradność... Kiedy redaktor naczelny (a prywatnie kolega, z którym już kilkanaście lat paramy się dziennikarstwem), zapytał, czy nie napisałbym kilku osobistych myśli o tym jak wyglądał mój 10 kwietnia 2010... Zawahałem się. Bo czy moje emocje, moje przerwane na moment czynności mają znaczenie wobec bólu rodzin blisko 100 osób, które zatrzymały swoje życie na smoleńskiej brzozie?
Zapewne jednak Karol miał świadomość tego o co prosi. Przez tych blisko 15 lat poznał nie tylko Mixera, który ponad wszystko ceni swoją wolność i nie napisze żadnego słowa z nakazu, za to jak uważa za stosowne przypierdoli (nie bojąc się mocnych słów) bez oglądania się na układy i historię znajomości... Pewnie widział też zamyślenie i łzy, najwyraźniej miał okazję oglądać je w styczniu 2008... I to właśnie pryzmat katastrofy CASA w dużej mierze determinował moje przeżywanie tragicznej soboty. Choć pewna wrażliwość – może jakaś empatia wyznaczana była, ciężkim czasem. Ciężkim doświadczeniem osobistym... Kwiecień 2010 – jego początek, to czas kiedy po prawie pół roku zaczęło się wyjaśniać czy Ola (moja żona) będzie chodzić i kwiecień przynosił już nadzieję. A jednak nic nie zdjęło ze mnie traumy, chyba po prostu sam sobie nie pozwoliłem jej zdjąć rzucając się w wir pracy, które wkrótce miała mnie rzucić... 
   Wróćmy jednak do tej soboty... Trwał X Regionalny Mityng Teatralny tworzony wówczas z eSTeDe, jeszcze w piątek odpoczywałem na spektaklu Kuby Kaprala, wieczorem w pośpiechu wszedłem przywitać się z Kliniką Lalek. Wiktor i jego ekipa – mój świat. moja bajka – mieli grać następnego dnia... Sobota rano pozostało do dogrania parę spraw. Przede wszystkim dowiedzieć się kiedy przyjedzie Edward Gramont z Terminus A Quo. Kompletnie zaspany po długich nocnych rozmowach z żoną, ciężkich, poważnych rozmowach z kobietą, która jeszcze nie była pewna czy będzie mogła wrócić do pracy...To chyba pierwszy raz otwarcie mówiliśmy o wypadku. Oczywiście tak czy owak, rozpatrywaliśmy sytuację w kategorii cudu, bo jak można traktować potrzaskanie miednicy przy upadku z rusztowania o wysokości 12 m na kamienną posadzkę? 
   Więc sobota rano z zaklejonymi snem oczyma, nie włączałem nawet radia ani telewizora... Telefon do Edwarda. Właściwie już powinni się pakować w busa by dotrzeć na czas z Nowej Soli. - No cześć Edku, pakujecie się już? - zapytałem. - Jarku to ty nic nie wiesz? - usłyszałem a słuchawce. Przez głowę przemknęło, że pewnie Edward chce mi jakiś żart zrobić. I byłem ciekaw co wymyśli... - Wiem, że gracie dziś w Gnieźnie i ciesze się z tego – powiedziałem szczerze, bo faktycznie zawsze ciesze się ze spotkań z Edwardem i jego teatrem. - Jarku, kurcze przecież spadł samolot z prezydentem – kontynuował Edek i choć to już nie wyglądało na żarty jakoś nie dotarło do mnie o czym on do mnie rozmawia. - No dobrze Edek, ja tam szanuje go, ale to nie do końca moja opcja – odpowiedziałem, albo coś jeszcze głupszego. Dopiero kiedy skończyłem to zdanie zaczęło docierać co się stało. - Prawie 100 osób nie żyje – to ostatnie zdanie jakie pamiętam z tej rozmowy. Mityng trzeba odwołać – wszystko. 
   Włączony telewizor i pośpieszny telefon do Grzegorza - szefa eSTeDe, szybkie decyzje bez chwili zwątpienia, nikt nie czekał na ogłoszenie żałoby... Rozmowa o tym co się stało z Kliniką – przyjechali, ponieśli jakieś koszty... nikt jednak nie stawiał w wątpliwość tego co trzeba było zrobić. To były jedyne reakcje. Ani przez chwile nikt z artystów nie zastanawiał się – żałoba po prostu wypełniła serca. A przecież wiadomo my artyści raczej mamy swoje antypatie niż sympatie polityczne. Zginęli ludzie, nagle i niespodziewanie, dopiero potem zaczęło docierać, że to Katyń, że państwo jednym ruchem losu straciło całą górę... Głowę wypełniały obrazy serwowane przez TV, rozwalony wrak samolotu, Putin, który wydawał się ludzki, nawet Tusk był wreszcie jakiś. Nie był już bezkształtnym mydłkiem, był człowiekiem poruszonym... Przez te pierwsze chwile pewnie podobnie jak większość Polaków nie pytałem o przynależność partyjną ofiar. Myślałem o rodzinach tych ludzi, praktycznie jeszcze cały ten dzień i kilka następnych obok obrazów z Telewizora głowa wypełniona takimi dwoma „flashback”. 
   Pierwszy obraz z TV gdzieś przy relacjach z pogrzebu oficerów z CASA; Ola, żona "Smyka" (Michała Smyczyńskiego), który pilotował tamten samolot. Potem gen. Błasik, który najpierw niemal płakał mówiąc do TV o katastrofie CASA z 2008, potem już niezbyt zdecydowanie próbował coś mówić w obronie pilotów, nawet delikatnie upatrując ich winy... Ironia losu. W tę sobotę zginął i On. I jeszcze tego 10 kwietnia powracały do mnie te dwie godziny mojej katastrofy. Nie wiem czy ogrom bólu jaki był wszędzie wywoływał u mnie wspomnienie 2 godzin, które trwały wieczność. Tak przyznaję się kiedy 10 kwietnia zginęło blisko 100 osób, nie myślałem: o racji stanu, o Polskiej martyrologi, nie myślałem o jakimś absurdalnym pomyśle rosyjskiego zamachu, kompletnie, mimo że przecież jestem konserwatystą nie była to dla mnie sprawa Polska, a czysto ludzka. W tę sobotę bardzo intensywnie wracał do mnie czas o którym już wspomniałem. 
   Od chwili gdy dowiedziałem się z lakonicznego telefonu, że w Mogilnie był wypadek, że Ola spadła spod sklepienia na kamienną posadzkę do momentu, w którym dotarliśmy do szpitala w Inowrocławiu i zobaczyłem, że żyje i że kręgosłup cały świat walił mi się tysiące razy. I ten obraz powrócił właśnie gdy 10 kwietnia myślałem o rodzinach wszystkich ofiar – oni nie mieli swojego cudu, a świat zawalił im się bezpowrotnie. 
   Czy wywieszę flagę jak o to apelują pewne kręgi? Nie wiem – wtedy nie miałem wątpliwości. Dziś chyba nie umiem zapomnieć o tym brudzie, którym obrzucono trumny. Prowadzenie matematycznego bilansu strat jako miernika prawa do większego bólu, jako miernika prawdziwszej polskości... Wolę jednak powracać do 10 kwietnia przez pryzmat osobisty, nie zaś narodowy patetycznie biało-czerwony. 
   Więc po roku od Smoleńska myślę nadal o śp. „Smyku”, który przecież pilotował maszynę, która rozbiła się dwa lata wcześniej i o tych dwóch godzinach mojej katastrofy, dodając do tego tych blisko sto ofiar ze Smoleńska człowiek inaczej wartościuje życie. Pracę można stracić i znaleźć nową, przyjaciele nie zawsze są przyjaciółmi, ale utrata ukochanej osoby, lub nawet realna wizja jej utraty uczą, że szkoda każdej chwili, w której coś staje się ważniejsze od miłości, rodziny i bliskich, bo życie jest kruche, a ludzie odchodzą zawsze przedwcześnie.
poniedziałek, 11 kwietnia 2011, jarekmikolajczyk

Polecane wpisy

  • 2014 - postanowienia?

    Rzecz chyba nie w postanowieniach noworocznych, choć to pewnie presja upływającego czasu i namowy bliskich, przyczyniły się do powrotu do miejsca, w którym zost

  • Powrót na bloga za namową przyjaciół

    Powrót na bloga, to właściwie podpowiedź przyjaciół i ludzi bliskich, za co dziękuję. Prawdą jest, że też potrzebuję jednego miejsca, jednej przestrzeni pozosta

  • Graffiti dla Tybetu