Taki piękny dzień
Melania Mazzucco
W.A.B 2010
seria z miotłą
Okulary od Gucciego i
rozedrgany makaron – flash back przed czytaniem
Jasiek Kurp, zaczął
kręcić nosem. - Po jaką cholerę zwiozłeś te Makarony? - pytał
nie patrząc, na sporo młodszego przyjaciela. - To będzie
spaghetti? - rzuciła z zadymionego konta ta mała, która robiła
zdjęcia do teczki na ASP. Za oknem zduszony zapach bzu, i delikatna
mgła. Zielona ściana lasu nad drugim brzegiem wydała się być
rozdarta przez błyski. Nikt tak naprawdę nie wiedział skąd to
wrażenie nieustannej burzy w skansenie nad Narwią. Jasiek
opowiadał, że kiedyś widział podobne niebo gdzieś we Włoszech.
Młody nie bardzo wierzył, że starzec kiedykolwiek tam był. -
Bondziorno! - Wrzasnęła pod oknem Sofii, a jej facet trajkotał
gestykulując jak najęty. Wystrojony jak tani model z cegielni pod
Nowogrodem różnił się Makaron od Jaśka kumpli z pracy jedynie
złotym łańcuchem na szyi i okularami Gucciego. Ten pomarańcz w
prześwicie lasu był piękny nie pasował do Italii, a do Włocha
płci męskiej już na pewno.
Videoklipy jednego dnia –
o książce Mazzucco
Włochy
Mazzucco, nie są być może przesycone obrazami w stylu Maleny. Na
szczęście też nie są rozwrzeszczane jak polski gwiazdor włoskiego
pochodzenia Paolo, któremu wydaje się, że Europa da się lubić. 4
maja – czy w istocie to Taki piękny dzień? Początek jak z
dobrego klipu, może mógłby wystąpić w nim Simone Salvatori ze
swoim mrocznym głosem...”Rzym powoli zasypia, zapadając w nocne
odrętwienie. W oddali słychać wycie syreny. Ostatnie autobusy,
puste i rozświetlone, pędzą po wilgotnym asfalcie, a w kiosku
opatulony w kurtkę mężczyzna układa stertę gazet. Przed
Wininałem kilku pracowników gazowni, pomarańczowych we
fluorescencyjnych kamizelkach, naprawia jakąś rurę. Włączyli
reflektor, który rozdziera chmurę pary, zjawiskowy oślepiający.
Od czasu do czasu płomień spawarki syczy, wypluwając wstęgi
iskier. Samochód policyjny z wyjącą syreną przejeżdża via
Cavour, mija bazylikę oraz śpiących łachmaniarzy...” Właściwie
nic się nie dzieje...A jednak czytelnik już wie, że podskórnie
coś zaczyna buzować. Coś co nie pozwoli mu przerwać lektury.
Takich scenariuszy klipów dla dobrej alternatywnej włoskiej muzyki
(nie koniecznie dla Rominy i Albano czy innych italo disco). Włochy
które obserwuje jednego dnia Melania Mazzucco są: pełne życia,
energetyczne a pozbawione tej stereotypowej południowej mieszanki
rozedrgania i lenistwa. Micho w opisach poparte jest splotem losów
bohaterów. Ot można spłycić to wszystko do jednego dnia w którym
miotają się dwie rodziny niby z sobą splecione... Emma
może zakręcić każdym zdrowym facetem od trzydziestki w górę w
końcu odstawia męża. Antonio bo jakże
mógłby mieć na imię, ochroniarz, ex mąż – deprecha dopada i
osiłków. Elio – polityk, czyli właściwie nikt właśnie, bo
przecież kiedy polityk się kończy zostaje tylko smród. A Elio
wyczuwa pismo nosem. Maja kolejna nieszczęśliwa, bo żona polityka
chyba po prostu szczęśliwa być nie może. Prawdę mówiąc no musi
się gdzieś kroić romans zdrowa trzydziestka może wprawdzie mieć
złudzenie, ze życie umarło, ale wiemy, ze to nie prawda. No ale
wyobraźnia cholernie spójnej pisarki jaka bez wątpienia Mazzucco
uprzedza nas tylko ukradkiem, ze może... Taką mroczną (cały czas
mówię, że gdyby co to muzykę do filmu powinien robić Simone ze
swoimi Spiritual Front) a jednak piękną postać rysuje chłopak,
który we wszystkim neguje padre polityka. Jak mawia jeden z moich
przyjaciół „kto za młodu nie był socjalistą na starość
będzie kanalią”. Zdecydowanie trudno nie darzyć sympatią
anarchokomunisty i wywrotowca w końcu Aris nie wybierał sobie Elio
na ojca. No i Sasha, to dopiero indywiduum jak każdy niespełniony
literat. Całość przede wszystkim pełna genialnej narracji. Takie
pisanie mgiełką... A może mgłą, bo Mazzucco wcale nie jest taka
delikatna. „Wyciągnął z bluzy puszki ze spreyem. Miał ze sobą
tylko trzy kolory. Nie szkodzi, stworzy czarno-czerwono-niebieski
świat. Prysnął. Usłyszał szczekanie psów i warczenie – może
znalazły szczura, może nielegalny imigrant, który spał w
baraczku, przegonił je kamieniami. Wykorzystał to, co zostało do
świtu, żeby na blasze ogradzającej plac budowy narysować
wybuch...” Dalszy wrzut po prostu piękny choć zakończony
przesłaniem chyba nie pięknym” TOTAL DEVASTATION. RÓB BOOM”. I
jeszcze ta klamra. Nie jest nią niestety Bastard Angel Simona
Salvatori, nie mniej jednak mrożąca prawa pieśni Lou Reed'a.
„Taki piękny dzień
Dzięki tobie zapomniałem,
kim jestem
Myślałem, że jestem
kimś innym
kimś dobrym
Zbierzesz żniwo tego
co zasiałeś”...
Seria z miotłą sięgając
po Mazzucco szybuje w chmury. Jeśli nawet autorka nie jest
czarownicą poleciało mocno i wysoko. A Ten piękny dzień niby jak
co dzień zmierza powolnie do zupełnie innego rozwiązania niż
wczoraj i pewnie innego niż jutro. Pisarstwo bardzo oszczędne
dzięki temu prawie każde słowo na swoim miejscu. Edytorsko bez
zarzutu. I nawet język polski nie gubi tej lepszej strony Italii –
zapewne za sprawą Joanny Wachowiak – Finlaison (swoja drogą
często nie doceniamy przekładu). Wątpliwość budzi jedynie
zdanie: „Przesunął opuszką palca po nocnej koszuli...” No
kurcze ten cytat z orędzia G.W.Busha na wstępie...może nawet nie o
treść chodzi.
I jakże miło, że ktoś wspomniał słowo o tłumaczu :)