jarosław mixer mikołajczyk - dziennikarz i animator kultury, arteterapeuta i lalkarz z wykształcenia, intruktor teatralny kategori S. W pracy medialnej zarówno dziennikarz radiowy przez kilka lat szef muzyczny Radia Warta, telewizyjny - Telewizja Gniezno, Newtone TV zajmuje się głównie pisaniem. Publikuje w ogólnopolskich pismach muzycznych i literackich, na portalach kulturalnych i w tygodnikach lokalnych. Prowadzi także wartsztaty teatralne, oraz tworzy Europe Asia Sound Theatre myspace.com teatrdzwieku obecnie również Teatr Dwięku Dzemaa Współtwórca Centrum Kultury eSTeDe, obecnie współpraca z angielskim pismem The Idler i własna działalność publicystyczna i teatralna. Autorski program STOProcent - dla IL TV
Blog > Komentarze do wpisu
Nicolas d’Estienne d’Orves Sieroty zła W.A.B kwiecień 2009

Pięć zdań wspomnienia prawie na temat. Jeszcze przed recenzją.

Jakiś obóz powołaniowy, albo rekolekcje. Zdaje się, że w miejscu, które dziś przypomina raczej Las Vegas niż sanktuarium. Nie ma to jednak żadnego znaczenia. Podobnie jak to, że chłopak nie został księdzem. Być może ma znaczenie fakt, że w Polsce trwają internowania i Stan Wojenny. Spotkanie ze starą kobietą. W pamięci pozostaje tylko recepta na pokonanie głodu. - Kiedy w Oświęcimiu dostawałam chleb, kładłam między wargi a zęby. Tak nauczyła mnie pewna Żydówka zanim trafiła do gazu. Tak przetrwałam, aż mnie przydzielono do bloku 24. Tam chleba było więcej i mogłam się malować, ale musiałam robić, rzeczy o których chcę zapomnieć, a nie mogę. Nie mogłam mieć też przez to dziecka – mówiła pani Anna płacząc. Dopiero po latach słuchając Joy Division odkrył o czym mówiła „pani z obozu”.

„Kiciu jesz kurczaka z córka Himlera” - kilkanaście zdań recenzji.

okładka Sieroty złaThriller o nazizmie? Kompletnie komuś odbiło – taka się rodzi pierwsza myśl. Potem jeszcze czytam, gdzieś przypadkiem szukając kilku danych historycznych, o jakimś historical fiction. Spoglądam jednak na okładkę. Magnetyzuje mnie. Chyba nie chodzi o gotyckie „fonty” tytułu. Głowy - dwa pół portrety chłopców; młodych, pięknie zimnych – czystych? Patrzą takimi oczyma, których się nie zapomni. Harmonię burzy fakt, że jeden nie ma niebieskich oczu. Nie to jednak hipnotyzuje. Odkrycie! piękna bezbarwna laminowana swastyka. Symbol zła, ale i symbol potęgi. I oburzenie. Jednak czyta się, bo przecież napisane rewelacyjnie. Wielowątkowość i akcje dziejące się w różnej przestrzeni czasowej i geograficznej. Powieści w powieści...To wszystko o czym się pisze, kiedy pisze się o książce Nicolasa d'Estienne d'Orves, kompletnie staje się nieistotne. Nagmatwał autor zgrabnie to prawda. Spiętrzył rzucając do jednego wora gliniarza Chauviera, (który niszczy dowody obciążające zbrodniarza wojny bo musi), Anais (młodą dziennikarkę, która do czasu nic nie wie o swojej matce a jednocześnie siostrze Żydówce i tajemnicy ojca) i Wikinga (który choć tropi istotę zagadki jest jej rozwiązaniem) i jeszcze wielu w tym autentyczne kanalie: Himmler, Albert Speer, Rudolf Hess. Fakt mieszanie fikcji z historią – typowe historical fictions. A jednak istota tej powieści nie jest fikcją, choć pewnie bardzo byśmy tego chcieli. Fascynuje nas nazizm. Potępiamy go. Jednak, gdy Anais i Vidkun tropią przyczynę samobójstwa czterech rosłych blondynów trafiamy w retrospektywie na norweska wyspę. I tu roztacza się mit o Dzieciach Thule...gdy podglądamy olbrzymią mumie, szaleńczą obsesję Otto R. niemal słychać Carla Orfa, który nota bene razem z Rischardem Straussem pojawiają się na wyspie Halgadom. D'Estiene d'Orves bawi się mroczną konwencją i stopniowaniem napięć...Łotr jest na tyle sprytny, że poddaje się czytelnik Vidkunowej fascynacji, już sam mógłby zacząć zbierać (czytelnik) pamiątki po nazistach – tak po kolekcjonersku oczywiście i nagle podaje nam autor zwiedzanie obozu, w którym prowadzono ohydne eksperymenty na więzionych dzieciach, albo otwiera przed nami w pięknej limuzynie walizeczkę z czterema odciętymi dłońmi – i nie wiadomo, które obrzydzenie bierze górę...Czy to obrzydzenie nazistowskim pomiotem, który uaktywnił się w 1995 roku? Czy bohaterem, który miota się pomiędzy trzeźwą krytyka, a fascynacją Trzecią Rzeszą? Czy może najgorszym odkryciem jest to, że czytelnik sam łapie się na pewnej empatii wobec dotkniętych wielką ideą nazistowskich gnoi? 
Bo przecież jeśli nawet sama pisarka - tajemnicza autorka powieści (powieść w powieści – taka konstrukcja) Marjolaine Papillon i jej Halgadon to fikcja to uniesienia czytelnika, są prawdą. I chociaż trudno się przyznać do cholery porywa nas momentami paranoja której nie poddał się w książce nawet Rudolf Hess. I kiedy już słyszymy razem z Anais to zdanie, które jest tak kompletnie absurdalne, że musi rozwalić mózg „ kiciu jesz kurczaka z córką Himmlera” przecież zaczynamy współczuć biednym dzieciom nazistów...Pojawia się jakiś kolejny trup, albo nowe fakty z historii Lebensborn – hodowli przyszłych esesmanów, albo czytamy o porwaniach dzieci chorych psychicznie. I znowu Francuz stawia nas do pionu. - Przecież, każdy z nas mógłby być przez ułamek sekundy, albo nawet był i może na kilka minut nazistą może więc słusznym jest czując odrazę do nazizmu po trosze opluć samego siebie. I autor pokazuje też francuski antysemityzm i obłudę aliantów. Jednych i drugich i trzecich i czwartych, którzy sami dawali schronienie facetom w czarnych mundurach...I to pogmatwanie mitów Mausi Himmler twierdzi, że tatuś pozdrawia ją z  Walhalli i opowiada o Grallu. Gdzieś tam „lasek katarów”...Obcy i wybrani to wspólny mianownik rasy panów i narodu wybranego. Mętlik w głowie, zwroty akcji podwójne role – napięcie i tajemnice kryjące mrok. „Sieroty zła” gubią różnice między tym co jest okrucieństwem historycznym a tym co jest zmyśleniem. Problem polega na tym, że nazizm to bestia, która była by zdolna do wszystkiego, skoro była zdolna do stworzenia KL czy hodowli dzieci dla wodza (Lebensborn). Praktycznie książka porywająca bardzo emocjonująca. Może tylko nawet jeśli potrzebny jest wątek gromadzenia nazistowskiej fortuny w Argentynie, nawet jeśli ktoś te fortunę może odziedziczyć... Ten ostatni zabieg z nowym wodzem - infantylny trochę jak na tak wielkie pisanie. Nie mniej genialne  podsumowanie wspólnego mianownika narodu wybranego i narodu panów. Polecam, choć dobrze by było gdyby nie czytały dzieci (za trudne i za brutalne momentami) i głupki (nie mylić z głupcami) dla tych ostatnich może to być braindead.
                       

środa, 29 kwietnia 2009, jarekmikolajczyk