|
Blog > Komentarze do wpisu
Balzakiana - Jacek Dehnel
W.A.B 2008
Łomża – resztki odchodzącego świata – takie tam osobiste wynurzenia, przed i na marginesie...
O Łomży wiedział tyle tylko, że jest. Był tam też mały, ale jednak teatr lalki. Dopiero po czasie miał o tej okolicy powiedzieć – Kraina Kubusiów Puchatków. Dla lalkarza, którym czuł się wówczas z dumą, istotą był właśnie Teatr Lalki i Aktora. Trzeba jednak powiedzieć, choć to akurat nie ma nic do rzeczy, że lalkarz to zupełnie inna sprawa niż aktor lalkowy. Nie dorabiajmy jednak ideologii. Ot w owym Teatrze stacjonował podówczas, kolega aktor ale i jednak lalkarz (Jacek Majok), a pan Mixer po prostu zwiewał przed niedoszłą, żeby się nie daj Bóg nie „pohairatać”. - Hmmm, Hmmm – mruknął najgrzeczniej jak umiał w sklepie chyba kolonialnym, nie chciał wprawdzie przeszkadzać szydełkującej ekspedientce, nie mniej po całym niemal dniu jazdy stopem, odczuwał głód i pragnienie. - Czego życzy? - burknęła nie przerywając pracy – to znaczy dziergania – bo po próżnicy wstawać nie będzie – dodała dobitnie zeźlona pojawieniem się klienta, który już po 5 minutach czekania zaczął hymkać. Kupił jakąś oranżadę i bułki „te po lewo, czy po prawo” – tak przynajmniej mówiła szydełkująca. Z zaplecza wylazł delikatnie uszmotruchany magazynier (chyba) – Ty Staśku powiedz dla niego, że się nie pali – tu sklep a nie piekarnia – powiedziała tym razem łagodnie wskazując blond hippiesa pakującego sprawunki. Dopiero gdy wyszedł ze sklepu zobaczył malowidła naścienne zrozumiał – tu nawet bułki bycza się na leżakach skąpane w słońcu. Po czasie dopiero poznał cmentarze Łomży, wspomnienie rodziny Herzogów, czasem odwiedzał na poczcie tej na osiedlach Mamuśkę – te co to chodziła ze Szpakiem na pielgrzymki. A teatr też miał wymiar łomżyński - mieścił się niemal cały w jednej dużej klasie. Gościnnie chyba w liceum. To jednak nie było pozbawione uroku.
Ehhh ten Dehnel Nie zawsze, autor poczytny znaczy tyleż samo co poczytalny. Literatura popularna nosi w sobie znamiona „popu” - co jest zresztą zgodne z nazwą. Ten „kierunek” w pisarstwie mniej chyba widoczny niż w muzyce, a jednak... Rynek w Smyrnie sam w sobie zdradzał, że mamy do czynienia ze zdolnym, sprawnym, młodym pisarzem. Zostało jednak takie nieśmiałe pytanie: czy może aby przypadkiem „książka dla książki” to nie ślepy zaułek. - Pisarstwo świetne, widać, że jeśli jeszcze Dehnel zdobędzie trochę lat i zacznie pisać po coś... A nie tylko dla samego fechtunku słowem będziemy mieli znowu wybitnego pisarza – powiedział Radiowej Kawiarni Literackiej (tuż po wydaniu wspomnianego Rynku) Sławomir Kuczkowski poeta z kręgów Toposu. „Lalą” się zachłysnęła jednym tonem i krytyka i publika – zrobiło się trendy. Chciałoby się powiedzieć „dobra Dehnel, a teraz czas pokazać czy masz „stajla”. I pokazuje. Balzakiana – w sumie cztery opowiadania i 400 stron literatury. Pierwszy rzut oka pokazuje, ogłada stylistyczna i erudycja w przeciwieństwie do modnej ostatnio hochsztaplerki - nie jest celem sama w sobie. Zdaje się, że autor pisze książkę cholernie tradycyjną, taką co to nie powstydziłby się sam Honore Balzac, a jednocześnie niesamowicie osadzona w tu i teraz. Nawet jeśli rodzi się wrażenie, że ta teraźniejszość to bardziej wczoraj wieczorem - niż dziś rano. Bo też może z literaturą robi się jak z malarstwem...Oby!!!. „ Przechodzień był młodym malarzem, który przed trzema laty dostał Paszport „Polityki”; wrócił właśnie ze stypendium w Royal Academy of Art, gdzie stopniowo zarzucano instalacje i konceptualizm z postkonceptualizmem – odchodziły do lamusa wraz ze śmiercią starych akademików – a ekscytowano się ponownie malarstwem. Potrzebował jakiegoś żywego, prawdziwego obrazu, który nie przypominałby pompatycznych drewienek z kawałkiem sznurka i monitorem”. Nie od razu jednak wiemy kim jest ten, który wystaje naprzeciwko sklepu Ściepków dawniej Anatola Dryja – MIĘSO WĘDLINY UBIORY TKANINY (stąd tytuł pierwszej minipowieści). Zderzenie świata: kupca bławatnego, panienek, subiektów i artystycznej Warszawki. Ta historia z pierwszych stron gazet uwiarygadniana autentycznymi tytułami: Gala, Viva...Miłość artysty do zahukanej paniusi z za lady. Mezalians intelektualny i jedyne jego rozwiązanie...Ten intelektualny to chyba najgorszy, choć zdawałoby się, że mezalians to przeszłość...Formalnie czysta tradycja Komedii Ludzkiej, a jednak nie ma wrażenia nieudolnej kopi mistrza Honore. Prawdę mówiąc nie ma wrażenia kopi wcale...No może mgiełka. Ironia, groteska, a jednak arystokrata (jak się zda nie tylko z wizerunku medialnego) nie drwi ani przez chwilę, nie wyszydza – nawet jeśli obnaża. Świetny zabieg z tym parafrazowaniem strof z Harlequina. Druga opowieść rozrzuca nas po kraju. Tońcia Zarębska - to historia, która rozchodzi się spod Łomży. Gdańsk, Kraków i dalej...Rzecz jasna skoro dzieci Zarębskich było sporo, wszystko zaczęło się od miłości. Tej złej, ślepej bo nie patrzącej na posag. W sumie prawie w rodzinie - było pod Zambrowem. "Zarębscy herbu Wczele, zaściankowa szlachta, w latach dwudziestych...” Bogaci i biedni Zarębscy i On się zakochał, Ona też...rodziny nie bardzo – wiadomo. A potem jeszcze przyszło rozkułaczanie mocno porozrzucane dzieci Zarębskich jedna z sióstr zostaje siostra, a nawet matką przełożoną inna za burmistrza się wydaje jeszcze inna za weterynarza...A jedyny chłopak pod pantoflem bojowniczki socjalistycznej...Tło pozostałych opowiadań, też takie na spotkaniu wczoraj wieczorem i dziś rano. Bo przecież sam tytuł „Miłość korepetytora” - gdzieś w myśli rodzi się obrazy z filmów międzywojennych. Taki świat, którego przecież już prawie nie ma a jednak jest...Rzecz w tym, że korepetytor zajmuje się „jeśli można tak to ująć...wychowaniem ludzi do szczęścia. Może brzmi to nieco pretensjonalnie czy śmiesznie, ale sam pan wie, ilu jest wokół ludzi nieszczęśliwych, choć na pierwszy rzut oka maja wszystko”...Rewelacyjne zamknięcie książki króciutkim opowiadaniem : „Blaski i nędze życia artystki estrady na zasłużonej emeryturze”. Ostatnie zdanie. Czy można ładniej zamknąć? „...przez moment nie wiemy, na czym się zatrzymamy, łza w oku? Zmarszczka? Jakiś sentymentalny szczegół? Ale nie, jest tylko dłoń wkładająca telefon do kieszeni, mankiet płaszcza, krawędź rękawiczki, guzik, nić łącząca jego cztery dziurki, ciemność.” Więc jest nadzieja, że poeta z kręgu TOPOSU w Radiowej Kawiarni Literackiej – przyzna mamy wielkiego pisarza”...Świetnie edytorsko – jak zawsze w Archipelagach W.A.B. piątek, 24 października 2008, jarekmikolajczyk
|
|